Yari – kolumbijska Podstępna Rzeka


Rzeka Yari zwana jest w Kolumbii Rzeką Podstępów. Río de los Engaños płynie przez departament Caqueta i wpada do rzeki o tej samej nazwie. Przecina tereny absolutnie dziewicze, jest jedną z najbardziej oddalonych od cywilizacji rzek nie tylko w tym kraju, ale i w całej Amazonii.

Wśród nielicznych informacji jakie udało mi się zgromadzić przed wyruszeniem na wyprawę była taka, że nad Yari ciągle można spotkać plemiona które nie mają kontaktu z cywilizacją. Oznaczało to wpłynięcie w sam środek zielonego piekła, zanurzenie się w lesie deszczowym rozpostartym na obszarze setek kilometrów kwadratowych!

Miała to być pierwsza wyprawa rzeką Yari z Ciudad Yari do Araracuary. Cały dystans planowałem pokonać za pomocą wioseł, bez wsparcia z zewnątrz. Eksploracja terenów nad Yari była dotychczas jedynie fragmentaryczna i miała miejsce na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Została ona opisana przez Germana Castro Caycedo w książce „Mi alma se la dejo al diablo” . Dwoje bohaterów tej powieści ginie w kanionie Tiburon położonym w dolnym biegu rzeki. Trzeci umiera w obozowisku położonym niedaleko kanionu. Znaleziono przy nim dziennik, w którym ostatnie zapisane słowa stały się tytułem książki: „a swoją duszę pozostawiam diabłu”.

Rzeka Yari. Na czerwono zaznaczona trasa, która pokonaliśmy.

Rzeka Yari. Na czerwono zaznaczona trasa, która pokonaliśmy.

Historycznie, tereny nad Yari to także jeden z bastionów kolumbijskich guerillas. A w 1984 roku około 20 kilometrów na północ kanionu Tiburon położonego nad Yari przeprowadzono spektakularną akcję likwidacji Tranquilandi – kompleksu kokainowych laboratoriów założonych przez kartel z Medellin.

Przygotowując się do wyprawy przeczytałem między innymi książkę dwóch świetnych kajakarzy Marka Hentze i Aaarona Rettiga zatytułowaną „Colombia whitewater”, w której autorzy opisali szlak wodny przeszło 30 górskich rzek w  Kolumbii o wysokiej skali trudności. Hentze i Retting dużą część swoich opisów poświęcili miejscowej ludności i zagrożeniu ze strony guerillas. Mocno utkwiło mi w pamięci jedno zdanie z ich książki, że „dalej na wschód są jeszcze rzeki, którymi nie wiosłowali jeszcze biali ludzie”…

Napisałem do Marka Hentze na facebooku chcąc uzyskać kilka informacji, ale nie dostałem odpowiedzi. Niespełna pół roku po moim powrocie z Yari dowiedziałem się, że Mark zginął nad rzeką Santo Domingo, w kolumbijskim departamencie Antioquia, w tzw. powodzi błyskawicznej.

Dokładnie przeanalizowałem bieg Yari na Google Earth i wiedziałem, że jeden z kanionów w dolnym biegu rzeki ma około 50 metrową deniwelację na 4 kilometrach długości. Liczyłem się z tym, że na tym odcinku trzeba będzie obnieść cały ekwipunek brzegiem rzeki. Zdobyłem też dwie bardzo dokładne mapy topograficzne, które okazały się bardzo pomocne w trakcie samej wyprawy.

Nie bez znaczenia było moje doświadczenie z poprzednich wypraw. Udało mi się spłynąć niebezpieczną ze względu na obecność dużej liczby  hipopotamów etiopską Omo, nad której brzegami trwały i wciąż trwają wojny plemienne. Stałem na czele pierwszej wyprawy, której udało się spłynąć szlak Rio Altamachi w górach Boliwii.

łódź użyta przez nas na Yari

łódź użyta przez nas na Yari

Moim partnerem na tej wyprawie miał być Tomek „Yanomami” Jędrys – podróżnik dobrze znający specyfikę lasu deszczowego. Jego doświadczenie poparte było wyprawami do Amazonii podczas których na kilka, a czasem na kilkanaście dni zapuszczał się z miejscowymi przewodnikami w głąb tropikalnego gąszczu.

Rzekę mieliśmy pokonać pontonem Soar Canyon Inflatable przeznaczonym do pływania po białej wodzie do trudności ww4.

Está lejos, pero muy lindo. Wyprawę do Tranquilandii uznajemy za rozpoczętą.

17 października 2011, Bogota.

Ruszamy z kolumbijskiej stolicy. Po 12 godzinach spędzonych w lodowej puszce klimatyzowanego autobusu docieramy do tropikalnej Florencji. I od razu mamy szczęście, czyli natychmiastowe połączenie do Cartagena del Chaira, dokąd właśnie chcieliśmy tego dnia się dostać! Okazuje się, że kierowca ma kilka sympatii w przydrożnych barach. Przed każdym z nich zatrzymuje się, żeby przesłać buziaki na odległość. Dojeżdżamy po czterech godzinach szaleńczej jazdy i meldujemy się w lokalnym hotelu Corcoles, gdzie natychmiast wzbudzamy zainteresowanie rezydentów. Grupa kolumbijskich archeologów pracujących na pobliskich wykopaliskach z niedowierzaniem wysłuchuje jaki jest cel naszej wyprawy. Umawiamy się z nimi na spotkanie wieczorem. Może mają jakieś kontakty w Cartagena, być może dzięki nim uda nam się zakontraktować miejscowego przewodnika dobrze znającego rzekę?

Rzeczywiście podczas wspólnej biesiady wieczorem udaje się sprowadzić do hotelu człowieka, który w castingu na Rumcajsa miałby duże szanse na wygraną. Ma wielki brzuch, brudną podkoszulkę i kilkudniowy zarost na twarzy. No i twierdzi, że przedzieranie się do Ciudad Yari na skróty przez sawannę jest kosztowne i bardzo niebezpieczne. Radzi, żebyśmy sprawdzili w San Vicente, być może znajdziemy tam kogoś kto będzie mógł nam pomóc. Postanawiamy, że następnego dnia z samego rana Tomek pojedzie do San Vicente zbadać sytuację, a ja na miejscu spróbuję dowiedzieć się na ile wiarygodny jest znajomy archeologów.

19 października 2011, Cartagena del Chaira.

Z samego rana zjadam dwa pączki nazywane przez Kolumbijczyków buñuelos, popijam kawą i kieruję się do portu. W pobliżu kilkunastometrowej barki stoją dwaj mężczyźni. Podchodzę do nich i przedstawiam im swoją sprawę: szukam człowieka znającego rzekę Yari, który mógłby zostać przeze mnie zatrudniony w charakterze przewodnika. Młodszy upewnia się: chcecie spłynąć całą Rio Yari na wiosłach? Bez silnika? Tak – potwierdzam – a przez ich twarze przechodzi ni to uśmiech rozbawienia, ni to niedowierzania. Młodszy z nich każe mi przyjść za kilka godzin, może uda mu się kogoś znaleźć.

Zostaję jeszcze na godzinę w porcie, żeby nacieszyć oko rzeką. Co chwila na rzece pojawiają się wojskowe motorówki z żołnierzami w pełnym rynsztunku. Dwa konie zaprzężone w wozy spokojnie czekają na rozładunek. Pomimo, ze jestem jedynym gringo w mieście nie wzbudzam specjalnego zainteresowania. Około południa wracam do portu. Przy stoliku w portowej tawernie siedzi czterech mężczyzn. Zamawiam pięć piw Poker i siadam z nimi. Przedstawiają mi José – kandydata na przewodnika. Jedynego kandydata. Zapewnia, że dobrze zna początkowy odcinek rzeki pomiędzy Ciudad Yari a Santa Rita – pierwszą miejscowością leżącą w głębi lasu deszczowego nad Yari i jeszcze zaznaczoną na naszej mapie topograficznej. José deklaruje, że ze strony partyzantów nic nam nie grozi i że z nim będziemy płynąć bezpiecznie. Dodaje, że możemy wyruszyć w piątek z Cartagena i przeprawić się bez problemu na drugi brzeg, skąd do Ciudad Yari będziemy mieli około 50 kilometrów drogi. Rozochocony tym optymistycznym scenariuszem zamawiam następną kolejkę i opowiadam im historię o grubym gościu poznanym poprzedniego wieczoru, który nie dawał najmniejszych szans na bezpośrednie dotarcie z Cartagena do Ciudad Yari. Nie wiem o tym, że gruby właśnie stoi za moimi plecami i słucha dobrze sobie znanej opowieści. Obyło się, na szczęście, bez mordobicia. Moi nowi kompani przegonili potencjalną konkurencję, która i tak nie była zainteresowana udziałem w wyprawie.

W powietrzu helikoptery, na ulicach uzbrojeni po zęby żołnierze, wszędzie głośna latynoska muzyka i upał. Ale najlepsze są konie jak w westernach czekające przed barami na swoich właścicieli.

 20 października 2011, Cartagena del Chiara.

Nasz przewodnik z kolegami proponuje nam przeprawę promem przez rzekę i skrócenie drogi nad Rio Yari za jedyne 800 USD. Tomek dopiero co wrócił z zapasem pieniędzy z Florencji, ale nawet wszystko co ma, nie starczy na taki nieprzewidziany wydatek. Co będzie jak odmówimy? Czy wyprawa nie dojdzie do skutku? Po dwóch patowych godzinach przewodnik jednak przyznaje, że z San Vicente kursują samochody do Ciudad Yari i że jest to stałe połączenie.

Wreszcie, 21 października, wyruszamy do San Vicente del Caguan. Nasz ekwipunek ląduje na górze potężnego trucka, który ma nas zawieźć do Ciudad Yari. Jeszcze tylko ostatnia kontrola wojskowych za mostem na rzece Caguan i droga jest wolna.

Nad rzekę jedzie z nami Jesús López patron wszystkich macheteros. ¡Vamos!

Wjeżdżamy na sawannę w towarzystwie miejscowych llaneros, czyli odpowiedników północnoamerykańskich kowboi. Posuwamy się powoli przy dźwiękach kolumbijskiej muzyki. Kierowca w koszulce z napisem „Jezus jest prawdą” i jego siedzący na dachu pomocnik to sympatyczni młodzi chłopcy. Jedzie z nami również dziarski staruszek wiozący kilka maczet. W jego spojrzeniu jest coś tak pogodnego i dobrego, że nazywam go patronem wszystkich macheteros. Po drodze dosiada się wesoła, kolumbijska rodzina – niezwykle ciepli i przyjaźni ludzie, jak zresztą większość Kolumbijczyków. Niestety mamy ciągłe problemy z José, który kupuje sobie na nasz koszt parę piw na każdym przystanku, ciągle się gubi i jest głodny bez względu na porę dnia.

23 października 2011, Ciudad Yari.

Wreszcie, po niemal całym dniu podróży docieramy do Ciudad Yari położonego nad Caño Guyabo, dopływem Rio Yari. W wiosce panuje duży ruch, trwają przygotowania do imprezy z okazji otwarcia mostu na rzece. Dwie na oko czterdziestoletnie sklepowe zamykają budę z piwem i szykują się na potańcówkę. Dziwią się, że wybieramy się w dół rzeki. Przecież tam są węże i pająki! Jedna z nich zachęca mnie do wspólnego tańca. Odmawiam. –Dlaczego?– pyta Kolumbijka. –Bo bardziej od węży boje się kobiet– odpowiadam. Trwa fiesta, do której dołącza Tomek bratając się z miejscowymi, tańcząc i filmując walki kogutów. Podczas nocnej imprezy José zaczepia Tomka. Nad ranem Tomek opowiada mi swoją historię imprezy. –On chciał poderżnąć Ci gardło– mówi do mnie. –Kto?– pytam zaskoczony. –Nasz przewodnik, ale pilnowałem namiotu całą noc!– tłumaczy Tomek chwiejąc się na nogach.

Kilka godzin później decydujemy się na zwodowanie sprzętu i płynięcie we dwójkę bez przewodnika, który mocno zapił i nie stawił się do pracy. Biorę najcięższy wór z łodzią w środku i przenoszę go jakieś czterysta metrów nad rzekę. Tomek chwyta worek z zapasami jedzenia i podąża za mną. Atrakcyjna Kolumbijka podjeżdża na motorze nad wodę chcąc zapewne zmyć z twarzy pocałunki llaneros, z którymi bawiła się w nocy. Chwilę później około czterdziestoletni mężczyzna podchodzi z koniem. –Gdzie płynięcie?– pyta. Do Araracuary – odpowiadam. –To daleko– uśmiecha się ogorzały mieszkaniec sawanny.

Pakujemy sprzęt na łódź i odpływamy z Ciudad Yari. Już po kilku minutach spływania zauważam w rzece blisko prawego brzegu łeb dużego tapira. Uciekając przed nami płynie na przeciwległą stronę rzeki. Z trudem gramoli się na błotnisty brzeg i znika jak duch za drzewami. Małpy dokazują w koronach drzew nad nad naszymi głowami. Rzeka jest bardzo wąska co umożliwia im przejście na drugą jej stronę górą. Trzeba płynąć ostrożnie, aby nie wpaść na jeden z wielu leżących w Caño Guayabo przewróconych pni drzew. W gałęziach wiszących nisko nad rzeką mogą czaić się niebezpieczne węże.

Nagła burza tropikalna przerywa wiosłowanie. Postanawiamy rozbić obóz w lesie i kontynuować nasz spływ dopiero następnego dnia. W nocy słychać odgłosy wydawane przez tapiry przypominające góralskie trombity.

Następnego dnia o poranku wpływamy w końcu na Yari. Rzeka ma barwę kawy z mlekiem i około trzydziestu metrów szerokości. Płynie leniwie mocno meandrując. Nasza łódź słabo sprawdza się w tych warunkach. Swoje możliwości ma pokazać na kilku trudnych przełomach, które czekają nas w środkowym i dolnym biegu Yari.

Pierwszy tydzień spływania rzeki upływa nam głównie na fotografowaniu dzikich zwierząt. Znajdujemy też opuszczone obozowiska, które być może były kryjówkami guerillas. W dwóch z nich znajduję przykryte ściółką biustonosze, jest też zardzewiały pilnik do maczety, garnki i pozostałości szałasów. Po rzece walają się niebieskie beczki, dowody na to że w przeszłości rzeka była ważnym szlakiem dla partyzantki.

Po deszczu zwykle do wody schodzą tapiry. Jest wtedy szansa, żeby je dokładnie sfilmować podczas żerowania. Wysuwają swoją śmieszną trąbkę i język, chwytają zręcznie gałązki i zjadają liście. Nie boją się nawet kiedy Tomek podchodzi niemal na wyciągnięcie wiosła. Chyba nigdy wcześniej nie spotkały człowieka, bo zachowują się bardzo ufnie. Z krzykiem podpływają do łodzi wydry olbrzymie, aby nas odstraszyć i obronić swoje młode przed najazdem intruzów. Mają one opracowaną specjalną strategię działania. Płyną w naszym kierunku w grupach od kilku do kilkunastu sztuk, wystawiają z wody swoje długie, smukłe szyje i pokazują ostre jak maczeta zęby. Nie sposób też nie dostrzec pasących się nad brzegami Rio Yari płochliwych kapibar o wyglądzie ogromnych świnek morskich. W pewnym momencie na prawym brzegu Tomek dostrzega jaguara, jednak kot czmycha zanim aparat osiąga pełną gotowość do działania.

Drugi tydzień spływu to już prawdziwe galery. Rzeka meandruje pomiędzy zielenią lasu deszczowego, słońce na równiku pali niemiłosiernie, a zwierzęta pozostają w ukryciu. Każdy kilometr jest okupiony ogromnym wysiłkiem. W nocy budzę się i czuję, że nie mogę rozprostować palców, pozostają jakby uwięzione w uchwycie wiosła. Jeszcze dzień, dwa i dopłyniemy do pierwszych kanionów. Nareszcie są pierwsze progi i pierwsze wspaniałe wrażenia z pływania po białej wodzie. Przed nami wyłania się imponujące bystrze klasy IV ww. Ustalam z Tomkiem najważniejszą zasadę. –Ta rzeka ma charakter nizinny na 99% procentach swojej długości – tłumaczę mu. –Ale będzie kilka odcinków niebezpiecznych i wtedy musisz bezwzględnie słuchać moich komend.– Tomek daje mi znać, że zrozumiał.

Podchodzimy z lewej, żeby nie wejść w główny nurt, w którym kotłują się olbrzymie masy wody. Ustawiamy kamerę tak, żeby sfilmowała nasze zejście w dół dwumetrowego wodospadu. Skaczemy z niego i przez chwilę płyniemy wąskim przesmykiem między czarnymi skałami z wielką prędkością. Wreszcie wypluwa nas do głównego nurtu i przez pół minuty kołyszemy się w górę i w dół na wielkich falach.

Za każdym razem kiedy pokonujemy przełomy rzeka i jej brzegi zmieniają się nie do poznania. Zamiast ściany lasu możemy podziwiać piękne formacje skalne, małe kaniony i szerokie piaszczyste lub skalne plaże. Przed nami wodospad San Rafael. Szykujemy się na ciężką przeprawę z użyciem lin, tymczasem okazuje się że wielki kocioł pośrodku rzeki można spokojnie obejść bokiem. Brodzimy w ciepłej wodzie porośniętej trawami i przepychamy naszą łódź wąskimi przejściami pośród skał. Tej nocy śpimy blisko wodospadu na przepięknej piaszczystej plaży pośród palm.

Nazajutrz rozpoczyna się trzeci tydzień naszej wyprawy. Zapasy się mocno skurczyły, a GPS wskazuje jakieś 120 km drogi w linii prostej, co może oznaczać dwa lub czasem trzy razy tyle po rzece. Staramy się oszczędzać jedzenie i próbujemy zdobyć coś na własną rękę. Moje polowanie na kajmana przy użyciu harpuna kończy się podwójnym niepowodzeniem. Kajman ucieka z grotem w grzbiecie. Do polowań zostaje nam już tylko maczeta. Tomek ma więcej szczęścia, wyciąga z piaszczystej łachy tuzin żółwich jaj, które zjadamy tego samego dnia w naszym obozowisku usianym świeżymi śladami wielkiego jaguara.

Mamy namiar na osobę w wiosce Araracuara – to miejscowość gdzie ma się zakończyć nasza wyprawa. Prosimy przez telefon satelitarny naszą wspólną przyjaciółkę Anitę Czerner Lebedew o kontakt z Panem Rozo i negocjację warunków wypłynięcia miejscowych po nas w górę rzeki Yari. Wiemy że Anita nigdy nie zawodzi i za dzień lub dwa dowiemy się co udało się załatwić.

Przecinamy równik w dobrych humorach , za nami dwie trzecie wyprawy, do celu jest już bardzo blisko. Anita informuje nas, że miejscowi z Araracuara nie są w stanie dopłynąć do wodospadu ze względu na niebezpieczne kaniony jakie czekają na nas w dole rzeki.

 9 listopada 2011, Raudal Tiburon.

Po 18 dniach nieustannego spływu dopływamy wreszcie do kanionu o nazwie Raudal Tiburon. Wygląda to tak, jakby rzeka o szerokości 150 metrów wpływała w wąską piętnastometrową szczelinę między skałami. Pierwszy próg spływamy bez najmniejszego problemu. Oglądam drugie bystrze i moim oczom ukazuje się wodny lej o deniwelacji kilku ładnych metrów.

Mamy trzydzieści procent szans na przejście bez wywrotki.– tłumaczę Tomkowi. –Jak się wywalimy to trzymaj się łodzi i nie puszczaj wiosła. Zaraz za progiem rzeka robi się na dłuższy czas spokojna, więc odholujemy łódź na brzeg.

Płyniemy! Końcówka leja i dostajemy uderzenie fali z lewej strony, lecimy na prawo i wywracamy się. Tomek przytomnie chwyta się cumy i holuje ponton do brzegu, a ja podtopiony wypływam dopiero po kilkunastu sekundach. Wylewamy wspólnie wodę na lewym brzegu i idę oglądać kolejne przeszkody. Płyniemy kolejne bystrze klasy III ww i nie bez kłopotów udaje nam się je pokonać. W pewnym momencie przechyla nas tak mocno, że chyba się wywrócimy. Dobry balans ciałem i schodzę w prawo gdzie jest trochę spokojniej. Ale to nie koniec! Łódź zachowuje się jak wściekły byk na arenie rodeo. Staje dęba jeszcze raz i jestem niemal pewien że czeka nas wywrotka. Jakimś cudem wypływamy na spokojniejszą wodę. Na następnym szypocie niestety musimy się zatrzymać. Widzę dwa potężne odwoje, gdzie mogłoby nas wciągnąć wraz z łodzią. Po brzegowym rekonesansie wracam do Tomka i mówię mu: –Jest źle. Musimy wyciągnąć wszystkie liny i przywiązać łódź i z przodu i z tyłu.– Zabieram się do rozplątywania lin. W tym czasie widzę, że Tomek stara się do kogoś dodzwonić. Jest mocno przestraszony po wywrotce. Wreszcie zabieramy się do roboty. Tomek zahacza liny o skały i drzewa stojąc na wyższej półce kanionu, a ja przepycham ponton między skałami przy samej rzece. Linujemy to miejsce kilka godzin i jesteśmy mocno zmęczeni.

Przecież Yari jest rzeką nizinną, ten kanion musi się wreszcie skończyć!

Wpadam na pomysł, żeby przejść górą kanionu i obejrzeć kolejne bystrza. Przedzieramy się wspólnie wycinając maczetą drogę wśród gęstych zarośli. Udaje nam się sprawdzić dwa kolejne progi i postanawiamy zawrócić. Teren jest trudny, a końca kanionu nie widać. Dwa z trzech wioseł są mocno przywiązane linami do łodzi. Wyrzucam na skały maczetę i jedno zapasowe wiosło. Wyciągam z worka swój paszport i mapę topograficzną z koordynatami nanoszonymi codziennie w miejscach noclegu. Tomek wyciąga całość swojego ekwipunku na brzeg. Najbardziej wartościowe rzeczy to telefon satelitarny i jego sprzęt fotograficzny, który lekko zamókł. Wodoodporny GPS jest bezpieczny w mojej kamizelce. Jeśli nie utrzymamy łodzi lepiej żeby te rzeczy nie zginęły. Zresztą podczas linowania w miejscach gdzie rzeka się burzy, woda bez problemu wlewa się do środka.

Zlinujemy do tych kamieni i wsiadamy.– mówię do Tomka. On jednak nie chce płynąć. –Boję się wody, szkoda mi tych rzeczy.– mówi wskazując na swój wodoszczelny wór.

Nie chcę, żeby Tomek się utopił, więc odwołuję decyzje o płynięciu, chociaż to najlepsze możliwe wyjście w tej chwili. Kontynuujemy linowanie. W pewnej chwili nurt staje się tak silny, że nie jesteśmy w stanie dłużej utrzymać łodzi, która błyskawicznie płynie dalej. Widzimy jak wzburzona rzeka niesie ją za zakręt i wywraca na progu. Huk w kanionie uniemożliwia rozmowę z Tomkiem. Krzyczę do niego i pokazuję mu na migi, że ruszam ratować łódź i żeby podążał za mną górą kanionu po brzegu. Tomek daje mi znać machnięciem ręki, że nie zgadza się na takie rozwiązanie. Pokazuje mi, że jego worek jest za ciężki na taką przeprawę. Krew mnie zalewa. Jak można w takiej chwili martwić się o rzeczy? Najważniejszy jest ponton i wiosła, resztę niech diabli wezmą!. Łódź już i tak uciekła z zasięgu wzroku i to właśnie jest najgorsze. Muszę ją odzyskać, przecież nikt nas stąd nie będzie wyciągał! Nie możemy razem zejść z kanionu, bo ponton z wypuszczonym linami może zahaczyć o głazy i zatrzymać się w jego trzewiach na długi czas. Jeden z nas musi spenetrować wnętrze kanionu Tiburon. Tomek boi się wody, więc to będę ja. Ustaliłem z nim wcześniej, że w razie niebezpiecznej sytuacji na rzece wykona moje polecenie. Nie jestem jednak pewien czy posłucha i zejdzie z kanionu. Tomek wie, bo pokonaliśmy już cztery mniejsze kaniony, że teren za progami otwiera się i nie ma tam zwartej ściany lasu deszczowego. Łatwo się znajdziemy. Zapamiętałem z analizy map google earth, że kaniony w dolnej Yari mają około 5 kilometrów długości. Połowa za nami.

Mam na sobie kamizelkę ratunkową, w kieszeniach nóż i GPSa, na sobie krótkie bojówki, do tego sandały. W ręku trzymam wiosło. Mówię sobie w duchu: –Dasz radę, nad Omo w Etiopii było gorzej!– Schodzę szybko dwie półki skalne niżej i rzucam się do pędzącej kanionem rzeki. Płynę, a raczej rzeka mnie niesie przez sekwencję trzech progów i wreszcie wypluwa do cofki przy prostopadłych, czarnych skałach wysokich na dwadzieścia metrów. Rzeka wpycha mnie pod ogromną czarną ścianę skalną. Początkowo nie znajduję żadnego punktu zaczepienia w wyślizganych od wody skałach. Wreszcie znajduję dziurę i jakoś się jej chwytam. Mozolnie przesuwam się po skalnej ścianie w kierunku wystających z wody kamieni. Wsadzam dłonie w skalne szczeliny i chwilę odpoczywam oddychając głośno. Woda to wciąga mnie pod skały, to zawraca z impetem.

Odwracam głowę i widzę jedno z trzech zabranych na wyprawę wioseł. To z nim skoczyłem do rzeki. Teraz tańczy za moimi plecami taniec życia lub śmierci. Wreszcie docieram do kamieni, gdzie mogę na chwilę usiąść i wyrównać oddech. Wiem, że muszę z powrotem wskoczyć do rzeki. Jeśli zostanę w tym miejscu, to wychłodzę organizm. Woda miarowo uderza w moje plecy, jestem częściowo w niej zanurzony. Poprawiam paski kamizelki, która zbyt luźno mnie opina. Zapomniałem, że podczas wyprawy straciłem ponad piętnaście kilogramów. Pokonuję z łatwością jedno duże bystrze. Jeszcze kilka machnięć ramionami i będę na lewym brzegu. Udało się. Padam ze zmęczenia na rozgrzane kamienne płyty i zasypiam powoli trzymając w ręce nóż. Skały mnie grzeją, księżyc oświetla, to najpiękniejsza noc w moim życiu. Odpalam GPSa i oglądam zdjęcia Nataszy zrobione nad Rio Altamachi. To lepsze niż bajka na dobranoc. Jestem dobrej myśli: –Udało mi się przepłynąć kanion, jutro znajdę łódź i wrócę po Tomka.

 10 listopada 2011, Raudal Tiburon.

Moje bojówki wysychają przez noc. Ściągam kamizelkę, żeby zrobić z niej prowizoryczną poduszkę. Jest mi jednak zimno, więc ponownie ją ubieram. A potem znowu ściągam, bo niewygodnie mi się w niej leży… O dziwo budzę się całkiem wyspany. Chwilę patrzę w dół gdzie rzeka gwałtownie zmienia kierunek i rzeźbi w skałach przejście w kształcie litery L. Najpierw ruszam w kierunku miejsca, gdzie poprzedniego dnia ostatni raz widziałem Tomka. Gwiżdżę i krzyczę z całych sił, ale nikogo nie widać. Huk rzeki w dole wypełnia cały kanion.

Wiem że bez łodzi sami się stąd nie wydostaniemy. Decyduję się na przeprawę w dół rzeki po zboczu aby wyjść z kanionu. Muszę wdrapać się kilka metrów na najwyższą półkę i stamtąd przedzierać się pośród gęstej roślinności do miejsca gdzie rzeka jest spokojniejsza. Nie jest to łatwe, bo dzień wcześniej uszkodziłem mocno dużego palucha u stopy. Nie chcę nawet ściągać sandała, żeby się nie załamać tym co zobaczę. Mordercza przeprawa trwa trzy godziny. Najwyższa półka przestaje być najwyższą, więc lawiruję, to w górę to w dół, obawiając się, że za chwilę znajdę się nad przepaścią i nie będę miał dalej przejścia. Nieraz spróchniałe drzewa łamią się w moich rękach, kiedy chcę się przytrzymać. Jestem bliski upadku z dużej wysokości…

Nie mam kontaktu wzrokowego z rzeką, zasłaniają mi ją drzewa i krzewy porastające zbocze kanionu. Przez chwilę idę wzdłuż pionowej półki skalnej, z której spada niewielki wodospad. Wtedy mogę z siebie zmyć ślady błota. Moje nogi zapadają się w ściółce aż po kolana. Muszę je wtedy wyciągać delikatnie, żeby nie stracić sandałów. Te kilka rzeczy, które mi zostały mają niezwykłą dla mnie wartość. Liany zahaczają o moje nogi, kłujące krzewy ranią moje ręce. Kleszcze wbijają się w odsłonięte miejsca na moim ciele. Wreszcie po trzygodzinnej przeprawie górą kanionu wśród bujnej roślinności udaje mi się zejść w dół do miejsca, gdzie rzeka się wyraźnie uspokaja. Jeszcze tylko dystans około jednego kilometra wpław i będę w bezpieczniejszym miejscu. Wychodzę z rzeki na prawym jej brzegu, żeby Tomek mógł mnie łatwo znaleźć. On przecież dobrze wie, że za każdym kanionem teren się otwiera, nie ma drzew i łatwo zauważyć drugą osobę…

Najpierw udaję się w dół rzeki sprawdzić czy nie ma tam łodzi, ale niczego nie znajduję. Wszystko robię w ogromnym pośpiechu, mało starannie, trochę jakbym był pijany szczęściem, że kanion wypuścił mnie ze swoich skalnych objęć. Wracam poszukać możliwości powrotu do Tomka. Pokonanie kilometrowego odcinka rzeki pod prąd do miejsca, w którym zszedłem ze zbocza kanionu kończy się niepowodzeniem. Nurt jest zbyt silny, żeby płynąć w górę rzeki. Skały kanionu wyglądają i pięknie i strasznie. Stoję chwilę pod kilkumetrowym wodospadem. Zimna woda przynosi ochłodę i orzeźwienie. Piję kilka łyków. Nieważne, że niefiltrowana. Muszę pić. Może Tomek zejdzie do mnie – myślę zrezygnowany. On ma łączność ze światem zewnętrznym, maczetę, ogień i tabletki do utylizacji wody. Jeśli dziś lub jutro znajdę łódź, a on się nie znajdzie, płynę dalej bez niego- postanawiam.

 10 listopada 2011, Berlin, Żory, Gliwice. Relacjonuje Natasza Szałajska – narzeczona Maćka:

Kiedy Maciek planował kolejną podróż zawsze mnie ogarniał strach, że coś mu sie stanie, że nie wróci. Postanowiłam więc w 2009 roku wybrać sie na wspólną wyprawę do Boliwii w celu spłynięcia dziewiczej rzeki Rio Altamachi. Pomyślałam, że spłynę rzekę i poczuję na własnej skórze, czy to takie niebezpiecznie. Najpierw była zaprawa na górskich rzekach Słowacji i Chorwacji. Jesienią pojechaliśmy na spływ w Andach. Było super! Zrozumiałam co to dla niego znaczy, więc starałam sie pomagać mu w przygotowaniach do wyprawy na Yari.

Informacja o rzekomym zaginięciu Maćka trafiła we mnie jak grom z jasnego nieba. Był to wpis na facebooku umieszczony w czwartek przez Anitę, wspólną znajomą moją i Maćka. Tomek dzwonił do niej w czwartek około południa czasu kolumbijskiego. Po­wie­dział, że poprzedniego wie­czo­ru rzeka porwała łódź, Ma­ciek ruszył za nią i do tej pory nie wró­cił. Mówił też, że nie ma je­dze­nia i jest gdzieś w ka­nio­nie. Stwierdziłam, że musiało się coś stać. Maciek na pewno wróciłby po Tomka, gdyby tylko miał taką możliwość.

Anita tego samego dnia obiecała mi, ze uruchomi natychmiast wszelkie możliwe kolumbijskie kontakty, aby pomóc kolegom. Przełomowym był telefon do przyjaciela Maćka – Ediego Sancheza – kolumbijskiego muzyka mieszkającego od lat w Polsce. Ten dał Anicie namiary na Dominika Baca i Claudię Cardenas – polsko-kolumbijskie małżeństwo doświadczonych podróżników. To właśnie Dominik i Claudia mieli być mózgiem całej operacji po stronie polskiej. Oddolnie zawiązała się grupa ratunkowa. W Kolumbii o szczęśliwy powrót rozbitków do domu walczyła Patrycja i Yolanda – rodzina Dominika i Claudii, mama i brat Ediego Sancheza, Ambasada RP i wiele innych osób. Wsparcie jakie otrzymali od Kolumbijczyków wkrótce miało przerosnąć jakiekolwiek wcześniejsze oczekiwania.

 11 listopada 2011, Raudal Tiburon.

Noc spędzam pod skałą. Nad ranem słyszę wesołe krzyki wydr olbrzymich. Mam wrażenie, że szydzą ze mnie. Obserwuję też walkę dwóch ptaków. Powoli oswajam się z dziczą. Czuję się częścią otaczającej mnie przyrody, dzieckiem planety. W pobliżu mojego legowiska znajduję gumiaki ucięte za kostkami. Są podpisane imieniem i nazwiskiem. Bardzo mnie to rozśmiesza. Nie czuję już żalu do partnera, że nie chce sprawdzić czy wszystko ze mną w porządku. Każdy z nas ratuje się po swojemu, tak jak nakazuje nam instynkt. On ma przewagę technologiczną w postaci telefonu satelitarnego. Domyślam się, że postanowił szukać pomocy z zewnątrz i z kanionu nie zejdzie. Decyduję, że skoro zaryzykowałem i wpłynąłem do gniazda szerszeni, to teraz sam muszę stąd wyjść. Partner mi nie pomoże, a o pomoc z zewnątrz prosić jest za wcześnie. Zresztą jak? Jestem zdany na siebie. Nie zamierzam się poddać, od rana buduję tratwę. Tnę bieliznę na paski, szukam lian do wiązania drewnianej konstrukcji i znoszę nadające się do budowy tratwy drewniane bale. Tego dnia udaje mi się zrobić połowę konstrukcji.

Każdy ruch to utrata energii. Staram się oszczędnie gospodarować siłami. Ciężkie bale, które normalnie dźwigałbym bez wahania tym razem zostawiam na swoim miejscu. Koło południa robię sobie przerwę i idę w kierunku kanionu sprawdzić czy nie nadchodzi Tomek. Na lewym brzegu słyszę ryk jaguara. Zawracam. W drodze powrotnej widzę sylwetki dwóch zwierząt na półce skalnej, gdzie znajduje się moje obozowisko. To kapibary. Skaczą do rzeki i odpływają kiedy zbliżam się na odległość około dziesięciu metrów. W nocy przychodzi potężna burza tropikalna i zalewa moje leże pod skałą. Zziębnięty czekam aż nastanie świt.

 11 listopada 2011, Berlin, Żory, Gliwice, Villavicencio, Bogota. Relacjonuje Natasza Szałajska:

Pierwszy szkic założeń związanych z akcją ratunkową Anita i Dominik przedstawili na facebooku w piątek. Działali trzykierunkowo: Dzięki Patrycji, siostrze Claudii, skontaktowali się z Czerwonym Krzyżem i poprosili o zorganizowanie pomocy dla rozbitków. Rozmawiali z Silvio Rojasem z Araracuary, który z grupą Indian miał dopłynąć do kanionu Gamitana, oddalonego o 40 km od kanionu Tiburon, skąd Tomek wzywał pomocy. Od Gamitany mieli przedzierać się do kanionu Tiburon. Ta opcja dość szybko została skasowana. Rojas uznał, że marsz przez las deszczowy na tym trudnym odcinku może potrwać nawet dwa tygodnie. Za pośrednictwem Ambasady RP grupa ratunkowa poprosiła o pomoc kolumbijską armię. Wojsko początkowo nie chciało słyszeć o jakiejkolwiek akcji w tym terenie ze względu na zbyt duże ryzyko ataku ze strony guerillas.

Rozmowy z grupą ratunkową na facebooku odbierałam jako pomoc jedynie Tomkowi. To było frustrujące. Pomimo licznych rozmów telefonicznych, które Tomek odbył z Anitą, nie przekazywano moich pytań do Tomka: Jak to sie stało , że Maciek skoczył za łodzią? Co miał przy sobie? W co był ubrany? Co tak naprawdę się tam wydarzyło, bo nie wiedziałam nic. Pomyślałam, co ja bym zrobiła na miejscu Tomka? Najpotrzebniejsze rzeczy na plecy i ruszam za partnerem, przecież mogło mu sie coś stać, mógł potrzebować pomocy. A on nie zrobił NIC! Czas niepewności był straszny. Nieprzespane noce, praktycznie 24 godziny przed komputerem, na skypie z Anitą i na telefonie z Dominikiem. Nocne telefony od brata Maćka, który uznał że jego zaginięcie to dobry powód żeby zalać się w sztok.

W piątek dotarła do mnie informacja, że Kolumbijczycy zlokalizowali w nocy z samolotów zwiadowczych dwie osoby. Ucieszyłam się, wiedziałam, że Maciek sobie poradzi. Później tej informacji nikt nie chciał potwierdzić. Ale podobno w każdej plotce jest trochę prawdy.

 12 listopada 2011, Raudal Tiburon.

Rano nie ma już na brzegu mojej tratwy. No fajnie – myślę sobie. Teraz nie mam ani tratwy ani majtek… To zły znak. To znaczy, że jestem coraz słabszy. Nie zabezpieczyłem dobrze tratwy zakładając, że pogoda się nie załamie. Muszę zacząć przewidywać pesymistyczne scenariusze, bo na razie jestem w dupie.

Udaję się na poszukiwanie tratwy w dół rzeki, tym razem kilometr, może dwa kilometry dalej niż w czwartek i nie dowierzam własnym oczom: widzę jakiś niebieski kształt. To moja łódź, która na skutek ulewy została wypluta przez kanion! A może była tam już w czwartek, ale jej nie zauważyłem? Płynę do pontonu jak szalony i… mijam się z nim, bo nagle zawraca pod prąd. Druga próba jest udana. Najpierw chwytam linę i oddycham ciężko kilka minut. Zieleń lasu wokół wiruje mi przed oczami. Serce wali mi jak młot. Adrenalina buzuje.

Wylewam wodę, sprawdzam co zostało do jedzenia – są tylko dwie puszki mielonki, reszta zapasów leżała w wodzie trzy dni i nie nadaje się do spożycia. Najważniejsze, że są wiosła mocno przywiązane linami. Nie wiem co robić. Wracać po Tomka, czy ratować siebie?

Przedzieranie się do niego zajmie mi co najmniej cztery godziny w jedną stronę i cztery w drugą. Prawie cały dzień. O ile w ogóle dam radę. Jeden dzień przedzierania się przez kanion to utrata energii równa dwóm, może nawet trzem dniom spokojnego wiosłowania. Przede mną sześć dni wiosłowania. Dodatkowy dzień na pokonanie kanionu Gamitana. Nie jadłem od środy rano, jest sobota rano. Mam dwie puszki mielonki…

To była bardzo chłodna i egoistyczna kalkulacja, z którą nie czuję się dzisiaj dobrze.

Chwytam za wiosło. Muszę się ratować. Jeśli dotrę do wioski, to sprowadzę pomoc dla Tomka. Jeśli nie, to przynajmniej powalczę jeszcze kilka dni. Cztery dni temu nie mogłem patrzyć na wiosło, teraz jest dla mnie jak najcenniejsza relikwia. Wiosłuję całą sobotę sprawdzając co chwila zmianę pozycji na moim GPSie. Postęp jest duży, ale cały czas płynę na północny wschód, więc nie zbliżam się do celu w linii prostej. Kiedy rzeka zmieni kierunek na południowy wschód zacznę się znacząco zbliżać do Araracuary. Zasypiam w łodzi na kamienistej plaży, gdzie znajduję kilka bardzo starych śladów ludzkiej obecności. Wreszcie mogę się wyspać, bo w nocy nie pada. Co najważniejsze mam liny, którymi mogę się przykryć i jest mi ciepło! Podnosi mnie to na duchu. Zostało mi 60 kilometrów w linii prostej do rzeki Caqueta. Po rzece będzie koło stówy, bo odcinek za kanionem Gamitana jest prosty. Bateria w GPSie pada.

12 listopada 2011, Berlin, Żory, Gliwice, Villavicencio, Bogota. Natasza Szałajska:

Akcja ratunkowa w sobotę nabrała tego dnia niezwykłego rozpędu. Tego dnia Dominik, Claudia i Patrycja mieli bezpośredni kontakt z oficerem wojsk kolumbijskich koordynującym akcję. Podziwiałam ich umiejętności, kontakty i zaangażowanie. Rzucili wszystko i pomagali ludziom, których nawet nie znali! Na podstawie współrzędnych geograficznych otrzymanych od Tomka i dzięki zdjęciom lotniczym okolic kanionu Tiburon Dominik przygotował mapę dla wojska. Okazało się później, że nie pomylił się prawie wcale w ustaleniu jego pozycji.

Do Tomka pewnie dotrą, bo mają namiary, a Maćka będą szukać do skutku? – pytałam Dominika i Anitę. Dlaczego Tomek do niego nie zejdzie? Nie rozumiałam jak można bezczynnie siedzieć przy ognisku, kiedy Maciek skoczył do rwącej rzeki w pogoni za łodzią. Byłam w podobnej sytuacji w kanionie Puerta del Sol na rzece Tuichi w Boliwii. Wtedy cała nasza trójka biorąca udział w wyprawie rzuciła się po skałach w dół rzeki w pogoni za tratwą. Dominik odpisał: „Jeżeli chodzi o poszukiwania Maćka to na razie nie ma żadnych decyzji. Na pewno jak polecą i miejmy nadzieję znajdą Tomka, to też pewnie przeszukają z powietrza okolice. Major powiedział nam, że ten rejon to gniazdo partyzantów i wysyłanie tam wojska lądem nie wchodzi w grę. Guerilla odpuszcza cywilom, ale wojsko i policję zabija bez litości.

Z godziny na godzinę przychodziły coraz to nowe informacje. Jeszcze tego samego dnia Dominik ponownie meldował: „W tej chwili pogoda nad regionem jest zła – zachmurzenie i opady deszczu. Operację można zacząć dopiero jak sie przejaśni. W operacji będzie brało udział sporo samolotów/helikopterów: wojskowy helikopter ratunkowy, samolot medyczny, który będzie czekał w Ararcuara, oraz samolot wsparcia bojowego w rejonie gdzie są Tomek i Maciek. W tej chwili wszystkie te maszyny są na różnych lotniskach i czekają na rozpogodzenie. Jak tylko sie przejaśni (najwcześniej jutro) polecą do Araracuara tam i rozpoczynają akcję ratunkową. Jeżeli pogoda przejaśni sie w nocy/nad ranem to FAC (siły powietrzne Kolumbii) wyślą samolot z czujnikiem ciepła który może wykryć ognisko rozpalone przez Tomka. Dlatego jest ważne żeby utrzymywał ogień. Mamy zapewnienie, że znajdą Tomka i będą szukać Maćka – mówią żebyśmy sie nie martwili i ze wszystko będzie dobrze…

 13 listopada 2011, Berlin, Żory, Gliwice, Villavicencio, Bogota. Natasza Szałajska:

Dominik od rana przekazywał same dobre informacje:  „Jeszcze raz rozmawialiśmy z wojskiem i mamy pełen obraz przelotu nad Tomkiem w nocy i plan na najbliższe godziny:

  1. Samolot zidentyfikował Tomka nad rzeką, włączył światła, dał mu znać że go widzą. Była tylko chwila przejaśnienia, więc nie wiemy czy na pewno Tomek zrozumiał, że po niego wrócą.
  2. Samolot wrócił do Ararcuara i czeka na helikoptery które przylecą z Tres Esquinas. Tam pilot samolotu przekaże dokładne namiary na miejsce gdzie jest Tomek i helikopter leci w tamtą stronę.
  3. Jedynym czynnikiem który wstrzymuje natychmiastową akcję jest pogoda. W tej chwili nad regionem zalegają niskie chmury deszczowe które uniemożliwiają zejście i akcję ratunkową. Dobra informacja jest że jednak dzień prawdopodobnie będzie się wypogadzał i chmury sie rozejdą.
  4. Akcja poszukiwacza Maćka prowadzona będzie z helikoptera (kanion), jeżeli go nie znajdą to nad rejon znowu wróci samolot obserwacyjny i będzie skanował okolice…”

To mnie trochę uspokoiło. Od trzech dni byłam jak zombie. Nie jadłam, nie spałam, tylko się bałam o Maćka. Dopiero po akcji dowiedziałam się, że Kolumbijczycy zdecydowali się jedynie na przeprowadzenie akcji ratunkowej Tomka. Nie chcieli ryzykować akcji poszukiwawczej Maćka. Nie mieli z nim kontaktu, nie wiedzieli czy w ogóle żyje. Siostra Claudii – Patrycja w dramatycznej rozmowie z kolumbijskim dowództwem, cała we łzach, wybłagała przelot helikopterów nad kanionem i rzeką. Żeby znaleźli tego drugiego! Wiedzieli, że ponton jest koloru niebieskiego, bo wcześniej wysyłałam jego zdjęcia Dominikowi. Jeśli Maciek dotarł do łodzi była szansa, że go zauważą.

Tego dnia mając pewność, że Tomek zostanie z kanionu wyciągnięty Dominik zastanawiał się nad możliwymi scenariuszami w sprawie Maćka:

    1. Udało mu sie złapać łódź i płynie w kierunku Gamitana – to jest 37 km od Tiburon – czyli jeżeli złapał łódź to płynie juz 3-4 dni, zakładając że na przykład jeden dzień próbował wrócić do Tomka. Stwierdził że nie ma szans i zostaje mu tylko płynąć w dół i sprowadzić pomoc. Pytanie czy miał wiosło i w jakim jest stanie. W każdym razie w tej opcji może być pomiędzy Gamitana i Tiburon, albo nawet juz dotarł do Gamitana.Jeżeli przyjąć tą hipotezę to samolot powinien sprawdzić cały nurt w dół do Gamitana i dodatkowo powinna wypłynąć ponownie łódź do Gamitana i szukać Maćka w tej okolicy.
    2. Nie udało mu sie złapać łodzi, ale nie jest w stanie wrócić do Tomka, wtedy będzie nie dalej niż kilka kilometrów od Tomka i miejmy nadzieje ze znajdzie go helikopter lub samolot.
    3. Trzeciej opcji nie widzę…

Wreszcie pojawia się informacja od jednego z mieszkańców Araracuary, że helikoptery wyruszyły. Po jakimś czasie Dominik podaje informację: SĄ OBAJ!!! 100% potwierdzone!!!

Nie mogłam z siebie wydobyć głosu, popłakałam się ze szczęścia.

 13 listopada 2011, gdzieś na rzece Yari.

Niedziela, czwarty dzień od rozłączenia się z Tomkiem. Wiosłuję od świtu. Nie mogę tracić czasu. Około południa zatrzymuję się na drzemkę cumując łódź przy brzegu. Muchy tak dokuczają, że postanawiam płynąć dalej. Przede mną na siedzeniu Tomka leży ostatnia puszka z mielonką, ale mówię jej, że wcale nie jest taka dobra jak myśli. Co chwila wydaje mi się, że słyszę warkot silnika motorówki i powtarzam sobie, że tak już jest od pięciu dni. Nic tylko uporczywy dźwięk silnika motorówki…

już na pokładzie śmigłowca kolumbijskiej armii

już na pokładzie śmigłowca kolumbijskiej armii

Tym razem jednak to nie złudzenie. Słyszę zbliżające się helikoptery i za chwilę nad moją głową pojawia się jeden black hawk, potem drugi, a w górze wysoko nad nimi widać samolot zwiadowczy. Po chwili odlatują. Zabieram się do wiosłowania. Dwie minuty później wracają. Staję na łodzi i daję im znaki. Nie jestem pewien czy mnie widzą. Sam nie wiem jak zareagować. Nie mam pojęcia czy Tomek jest w helikopterze, czy dopiero po niego lecą. Widzę żołnierza wyłaniającego się ze śmigłowca i robiącego przed zejściem w dół znak krzyża. Wiosłuję na środek rzeki, żeby ułatwić im wciągnięcie mnie.

Stalowy anioł kolumbijskich sił powietrznych wisi około dwudziestu metrów nad moją głową. Zniża się i wtedy moja łódź jak odrzucona potężnym kopniakiem leci gdzieś w kierunku brzegu.

Wpadam do wody i po chwili podpływam do spuszczonego na linie żołnierza. Splecieni w mocnym uścisku unosimy się w górę. Jeszcze chwila wirowania w wodno- powietrznym kokonie pod helikopterem i cała załoga przebija mi piątki. Jest euforia! W helikopterze siedzi Tomek. Jest mocno przygnębiony. Nie mamy czasu na dłuższą rozmowę, bo jeden z żołnierzy chwyta mnie za ramię i pyta: –Tylko dwóch was było?– –Tak, tylko dwóch.- odpowiadam. –Wracamy do bazy– rozkazuje dowódca helikoptera.

Jakiś czas potem spytałem się Tomka dlaczego nie zszedł sprawdzić co się ze mną stało. –Bałem się węży, myślałem, że się utopiłeś– odpowiedział.

Ta wyprawa, jak wiele poprzednich moich wypraw, była skrajnie ryzykowna. Tomek miał tego pełną świadomość. Fakt, że zgodził się narazić życie innych na ryzyko bez jakiejkolwiek próby wydostania się stamtąd samodzielnie, sprawił, że nasze drogi się rozeszły. Opowiadał też dziennikarzom TVP, że stamtąd można było wyjść tylko z pomocą śmigłowców. Nic bardziej mylnego. Z kanionu El Tiburon można było wyjść o własnych siłach. Wystarczyło spróbować.

mapka sytuacyjna

mapka sytuacyjna

Rio Yari okazała się podstępną rzeką. Na długości przeszło sześciuset kilometrów usypiała nas swoim leniwym biegiem, aby pod koniec pokazać nam swoją piekielną moc. Kolumbijczycy pokazali później całemu światu w telewizyjnych relacjach, że stalowe anioły mogą dawać życie, zamiast zbierać żniwa śmierci. Niesienie pomocy drugiemu człowiekowi jest wyrazem najwyższej szlachetności. Kolumbijscy żołnierze byli niesamowici. Profesjonalni i przyjaźni. Nigdy nie zapomnę ich życzliwości, uśmiechów i żołnierskiej zupy z dużym kawałkiem wołowiny w kantynie w Araracuarze. Nie zapomnę, że zamiast kroplówki dali mi piwa i na zawsze zapamiętam tajemniczy uśmiech generała witającego nas na lotnisku w Villavicencio. ¡Gracias Colombia!

***

Tomasz Jędrys odpowiada na pytania kolumbijskich dziennikarzy – materiał udostępniony przez Powietrzne Siły Kolumbii (FAC):

***

P.S. Podróżowaniu po Kolumbii poświęcony jest jeden z działów naszego latynoamerykańskiego forum dyskusyjnego.

Prześlij dalej:

About Maciej Tarasin

Poszukiwacz przygód i kajakarz. Wielbiciel Kolumbii i Boliwii. Moczył wiosła w brazylijskiej części Pantanalu, boliwijską Rio Tuichi spłynął tratwą własnej konstrukcji. W czwartkowe wieczory przenosi się do Ameryki Południowej słuchając kolumbijskich rytmów i sącząc whisky w pewnym żorskim pubie. Prowadzi stronę Green Hell.

W sieci:

Na Facebooku Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

24 reakcje na "Yari – kolumbijska Podstępna Rzeka"

  1. CatirePolaco  30/03/2013 o 17:48

    Cytat: „Tomek „Yanomami” Jędrys – podróżnik dobrze znający specyfikę lasu deszczowego. Jego doświadczenie poparte było wyprawami do Amazonii podczas których na kilka, a czasem na kilkanaście dni zapuszczał się z miejscowymi przewodnikami w głąb tropikalnego gąszczu.”

    Kolejny samozwańczy „podróżnik”? Strasznie zdewaluowało się to słowo. Teraz byle leszcz który pojedzie na jakąś wycieczkę ogłasza się „podróżnikiem” i „odkrywcą”.

    Tymczasem ja się zastanawiam jak się ten koleś z tymi przewodnikami porozumiewał. Bo prezentowany na tym wideo jego poziom hiszpańskiego nie jest nawet podstawowy. No a opisane zachowanie też nie wskazuje na jakiekolwiek doświadczenie. A już na pewnio nie w lesie deszczowym. Bo jak ktoś boi się węży, czy pająków tak, że strach mu się gdziekolwiek ruszać to doświadczenie ma raczej z Lasku Bielańskiego, nie z lasu deszczowego.

    Odpowiedz
  2. andrzej ziarko  31/03/2013 o 12:39

    Brawo Panowie, dobrze, ze wyszliscie z tego cało.

    Odpowiedz
    • MT  31/03/2013 o 14:22

      Brawa to się należą Fuerza Aerea Colombiana i Dominikowi Bacowi z rodziną. Nam, jako wyjątkowo niezgranej ekipie, chyba tylko rózgi.

      Odpowiedz
  3. Mariusztravel  01/04/2013 o 21:42

    Wyjątkowo ciekawa relacja! Przeczytałem jednych tchem. Gdyby tak jeszcze Tomek opisał, jak to wyglądało z jego strony. No ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Podziwiam kolumbijskie wojsko za pełne zaangażowanie. Mam nadzieję, że następnym razem się uda!

    Odpowiedz
  4. casi colombiano  05/04/2013 o 22:23

    Piękna opowiastka. Szkoda tylko że zapomina Pan, że to nie Pana bohaterstwo ani „doświadczenie” z innych wycieczek pozwoliło mu wrócić do rodziny, a doskonale przeprowadzona i bezinteresowna akcja kolumbijczyków oraz przyjaciół w Polsce i zagranicą.

    Odpowiedz
  5. MT  07/04/2013 o 10:06

    Rola Kolumbijczyków w tej historii została podkreślona w ostatnim akapicie będącym jej podsumowaniem. Działanie grupy ratunkowej zostało opisane przez Nataszę i stanowi znaczący wkład w szczegółową relację z wyprawy na Yari.

    Bohaterstwem byłby powrót po Tomka. Moja relacja jest w dużej części opowieścią człowieka, który podjął walkę z żywiołem i został pokonany.

    Odpowiedz
  6. ewa  07/04/2013 o 14:17

    ciekawa relacja. mam pytanie tylko do Autora:
    na ile ocenia szanse przeżycia swojego towarzysza po odplynieciu od tego kanionu? moglby dojsc pieszo?w inny sposob? jak to bylo daleko? dziekuje 🙂

    Odpowiedz
    • MT  08/04/2013 o 22:23

      Uważam, że miał duże szanse dojść pieszo do kanionu Gamitana oddalonego o 37 km od kanionu Tiburon, w którym się znajdował. Do kanionu Gamitana mogła dopłynąć motorówka z Araracuary i go stamtąd zabrać. Jako że miał łączność satelitarną nie było to trudne do załatwienia. Wzdłuż Rio Yari było dużo ścieżek wydeptanych przez zwierzęta i przemieszczanie się w dół rzeki po jej brzegu było stosunkowo łatwe (za wyjątkiem zbocza kanionu). Tomek musiałby jednak zostawić w kanionie Tiburon większość swoich rzeczy i zabrać jedynie te najważniejsze: maczetę, zapalniczkę, tabletki do uzdatniania wody i telefon satelitarny. Przy czym trzy ostatnie w nieprzemakalnym worku ze względu na konieczność pokonywania po drodze dopływów Rio Yari. Tomek by sobie poradził, bo bez względu na jego blokadę w kanionie, miał pojęcie o zachowaniu w lesie deszczowym.

      Odpowiedz
  7. Tomasz Jędrys  09/04/2013 o 19:17

    Otrzymałem wiele maili od osób mi życzliwych z pytaniem czy skomentuje artykuł. Muszę Was niestety rozczarować 🙂 Nie dam się wciągnąć w przepychanki na forum.
    Osoby zainteresowane tym co naprawdę wydarzyło się nad rzeką Yari zapraszam do lektury moich dzienników z wyprawy, które ukażą się w księgarniach w sierpniu.

    Odpowiedz
  8. tomaszmarte  16/04/2013 o 07:00

    Wyrazy szacunku za pomysł i wyprawę. Myślę jednak,że sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej gdybyście mieli ze sobą lokalnego przewodnika. Nie potrafię jednak zrozumieć, dlaczego żaden z Was nie ruszył po drugiego, skoro to był tylko dzień drogi? To nie wysokie góry, a z relacji wynika, że obaj potraficie sobie radzić w lesie deszczowym, więc we dwójkę Wasze szanse na przeżycie by wzrosły. Natomiast próba zarobku i oczyszczenia swojego imienia przez dzienniki z wyprawy zakrawa na kpinę i tylko potwierdza zachowanie wyżej opisane.

    Odpowiedz
  9. MT  16/04/2013 o 20:02

    Ma Pan rację. Powinienem po niego wrócić. Tak jak napisałem, gdybym mógł się przenieść do przeszłości, tak bym właśnie zrobił. Natomiast co do książki to każda jest warta przeczytania. Mnie najbardziej nurtuje jedno. Wiem, że Kolumbijczycy w trosce o bezpieczeństwo swoich żołnierzy sugerowali przejście Tomka w inne miejsce łatwiejsze do lądowania black hawka. Dostali odmowę. Może z dzienników dowiem się dlaczego.

    Odpowiedz
  10. Marta  17/04/2013 o 14:11

    Pan Yanomami pisze ksiazke? Ciekawa bardzo jestem co tym razem nazmysla. Bo w ubieglym roku bylam na spotkaniu w ktorym ow samozwanczy „specjalista i ekspert” od Kolumbii opowiadal o niej takie bzdury, ze nie wytrzymalam i po prostu wyszlam. On nawet nie potrafil poprawnie wymowic hiszpanskojezycznych nazw miejsc o ktorych wspominal! No ale z tego wideo widac, ze jezykiem tym po prostu nie wlada. Zenada.

    Odpowiedz
  11. Taśka  18/04/2013 o 10:09

    „ Czego można się spodziewać po człowieku, który przez 50 minut i 40 sekund rozmawiał przez telefon satelitarny dzwoniąc z kanionu miedzy 9.04 a 13.04 i nie przekazał służbom ratowniczym informacji o tym w co ubrany był jego partner..”
    -Był może w szoku:). Ale o tym, że jadł mrówki to wspomniał -tak to istotna informacja.

    Odpowiedz
  12. Taśka  18/04/2013 o 13:29

    Daty oczywiście 09.11 – 13.11- przepraszam z pomyłkę to chyba z emocji

    Odpowiedz
  13. daniel  14/05/2013 o 08:03

    Łatwo się ocenia ludzi siedząc w domu. Życzę obydwu Panom tyle samo wyjazdów i powrotów. A sytuacje ekstremalne zawszę pokazują prawdę o człowieku. I nie ważne czy to jest Kolumbia czy wypadek na drodze gdzie wszyscy jadą dalej.

    Odpowiedz
  14. Ewa  26/05/2013 o 14:44

    Ludzie ale z Was jad płynie. Dlaczego odmawiacie komuś napisania swojej relacji. Ja bym chętnie przeczytała książkę tak jak przeczytałam tę relację. Wg mnie to ciekawa historia i jestem ciekawa czy znowu nie okaże że „każdy kij ma 2 końce” 🙂

    Odpowiedz
    • MT  28/05/2013 o 16:08

      Pani Ewo,
      Nikt nie odmawia Tomkowi prawa do publikacji. Ale żeby Pani lepiej zrozumiała o co chodzi, odwołam się do jego publikacji w lokalnym żorskim portalu. Publikacja ukazała się zaraz po akcji ratunkowej.

      W pierwotnym tekście stało: „Ambasada polska nie była zainteresowana niesieniem nam pomocy, na pierwszym kroku zażądali od rodziny oświadczenia o pokryciu całości kosztów akcji, bo inaczej nie będą zajmować się sprawą. Dzisiaj stają koło mnie w świetle fleszy…”

      W wersji poprawionej stoi:
      Ambasada w Bogocie od początku udźwignęła ciężar zadania. Była w bardzo dobrym kontakcie z rodziną, a wiadomości przez nią uzyskiwane docierały błyskawicznie.

      Jeśli ma Pani na myśli taką relatywizację, to nie sposób się z Panią nie zgodzić: każdy kij ma dwa końce.

      Odpowiedz
  15. Chavez  09/10/2013 o 12:25

    Gratulacje do obydwu Panów.
    Nie przejmujcie się krytyką. Sławni i znani też się nieraz nie sprawdzali.
    Jedyne, co mi się nie podoba, to wzajemne obrzucanie się odpowiedzialnością za niepowodzenie.
    Pytanie mam jeszcze następujące: akcja wojska kolumbijskiego była darmowa, czy też płatna?

    Odpowiedz
    • MT  10/10/2013 o 10:21

      Moją intencją było przedstawienie wydarzeń nad Yari. Dlatego opisałem wyłącznie wyprawę, a opis akcji ratunkowej pozostawiłem Nataszy. Nie było moim celem obwinianie kogokolwiek. Jako pomysłodawca, organizator i kierownik wyprawy w dół rzeki Yari ponoszę odpowiedzialność za jej niepowodzenie. Decyzja o publikacji zapadła po otrzymaniu przeze mnie informacji o nieobciążaniu uczestników kosztami akcji ratunkowej. Gdyby publikacja ukazała się wcześniej intencje mogły być nie do końca jasne.

      Odpowiedz
  16. Ola  22/10/2013 o 10:58

    Widziałem Pana w telewizji Discovery. Super, że był polski epizod.
    Przeglądam też Pana relacje z wyprawy na różnych stronkach. Trochę tego jest, ale za każdym razem pisze Pan coś innego. Której w końcu wierzyć?

    Odpowiedz
  17. MT  23/10/2013 o 09:12

    Chętnie odpowiem, ale musiałbym wiedzieć o jakie rozbieżności Pani mnie pyta.

    Odpowiedz
  18. Maduro  29/11/2013 o 03:32

    Najwazniejsze ze obydwoje ‚podroznicy’ wyszli z tego calo i zdrowo…
    ja tylko jestem bardzo ciekawy, czy armia kolumbijska pokryla koszty calej akcji ratunkowej?
    Jesli rzeczywiscie to co pisal Pan Tomasz – „Ambasada polska nie była zainteresowana niesieniem nam pomocy, na pierwszym kroku zażądali od rodziny oświadczenia o pokryciu całości kosztów akcji, bo inaczej nie będą zajmować się sprawą. Dzisiaj stają koło mnie w świetle fleszy…” – jest prawda, to nie dziwie sie wcale takiej decyzji…
    Obydwaj Panowie przed wyprawa zdawali sobie sprawe z niebezpieczenstwa. Gdyby to jakis kolumbijczyk zaginal, armia kolumbijska na pewno nie wyruszalyby na pomoc…i rzeczywiscie kazdy ma prawo pisac ksiazki ale to wstyd wyciagac korzysci finansowe i robic tyle szumu wokol siebie.
    Mieszkam w Kolumbii od paru lat i wstyd mi jest za takich ludzi, ktorzy decyduja sie na tak ekstremalne wyprawy i narazaja rzad Kolumbii na tak wysokie koszty akcji ratunkowej. Chyba nikt z Panow nie widzial jak zyje ponad 50% spoleczenstwa kolumbijskiego??

    Odpowiedz
  19. Pingback: Chiribiquete 2013, czyli Maciej Tarasin znów w Kolumbii! | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.