Odnaleziony żywy po 4 miesiącach! Zbieg?


Mimo trwającej obecnie na półkuli południowej zimy, w Andach odnaleziono Urugwajczyka, który zaginął w nich 4 miesiące temu. Żyje! Ale może wkrótce trafić do aresztu…

To naprawdę jest cud. Wciąż nie możemy w to uwierzyć. Jest potwornie wycieńczony, ale świadomy. Rozmawiał już ze swoją żoną, matką i córką. Ja też z nim rozmawiałem. Bardzo się cieszy, że go odnaleźliśmy.– stwierdził José Luis Gioja, gubernator argentyńskiej prowincji San Juan, na terenie której znaleziono w minioną niedzielę zaginionego Urugwajczyka.

Rzeczywiście, andyjska przygoda Urugwajczyka Raúla Fernando Gómeza Cincunegui jest dość niesamowita.  Ten 58-letni hydraulik bez najmniejszego górskiego doświadczenia i żadnego turystycznego ekwipunku, podjął się – w pierwszej połowie maja – próby pieszego pokonania andyjskiej kordyliery z zachodu na wschód. Planował, że przejdzie z Chile do Argentyny w maksymalnie tydzień. Odnaleziono go po 4 miesiącach…

Wyjątkowa wyprawa Raúla Gómeza rozpoczęła się jeszcze na początku kwietnia. I w założeniu miała być ona przygodą stricte motocyklową. Urugwajczyk posiadający motor o pojemności silnika zaledwie 200 cm³, zaplanował że weźmie udział w zlocie motocyklistów w Mendozie, a następnie pokona na nim Andy i odwiedzi rodzinę żony w Chile, skąd miał potem wrócić do punktu wyjścia, czyli rodzinnego miasta Bella Unión. W sumie miały być to ponad 4000 km trasy i miesiąc podróży.

Z początku wszystko szło zgodnie z planem. 13 kwietnia Raúl Gómez uczestniczył w motocyklowym zlocie u podnóża Andów. I kilka dni później był juz w Chile. I miał już wracać, gdy 3 maja – w chilijskim miasteczku Petorca – popsuł mu się pojazd. To właśnie wtedy przygoda motocyklowa zaczęła się przekształcać w górską. Bo Urugwajczyk wykombinował, że – wobec niemożliwości szybkiej naprawy środka dotychczasowej lokomocji – pozostawi go u kogoś w ogródku i samemu  ruszy w stronę domu na piechotę, przed Andy. Nie zważając ani na brak górskiego doświadczenia, ani podstawowego turystycznego ekwipunku, jak chociażby dobre buty, czy śpiwór. Nie miał nawet mapy.

Urugwajczyk zadzwonił do swojej żony i poinformował ją o planach. Wszystko potwierdził SMSem wysłanym jej 11 maja, w którym zawiadomił że właśnie rusza w drogę, prosząc równocześnie o zaalarmowanie policji jeśli nie odezwie się ponownie do 18 maja…

Nie odezwał się. 19 maja rodzina wszczęła alarm. Urugwajska policja, zgodnie z przyjętymi procedurami, za pośrednictwem Interpolu poprosiła Chilijczyków i Argentyńczyków o wszczęcie poszukiwań.

Na informację o zaginięciu zareagowano tylko w Chile. Lokalni Carabiñeros ustalili, że Urugwajczyk wyruszył w stronę znajdującej się na wysokości 4500 m n.p.m. granicznej przełęczy Los Patos. I rzeczywiście gdzieś w jej okolicy był widziany przez arrieros, czyli pasterzy. Nie rozmawiali jednak z nim, ani nie byli pewni dokładnej daty.

W Argentynie alert przekazany przez policję z Urugwaju utknął gdzieś w stołecznej biurokracji Buenos Aires. Gdy córka Raúla Gómeza przyjechała pod koniec czerwca do San Juan, u podnóża argentyńskich Andów, z przerażeniem odkryła, że ojca tam nie tylko nikt nie szukał, ale nawet lokalne służby nie mają pojęcia o jego zaginięciu. Mimo to od razu usłyszała od nich, że nie powinna mieć już żadnej nadziei – w Andach na dobre rozgościła się wtedy zima z intensywnymi opadami śniegu i silnymi mrozami. –W takich warunkach przeżyć można góra kilka dni, nie ponad miesiąc.- powiedzieli ratownicy. Córka, załamana, wróciła do domu.

I w sumie historia powinna się w tym miejscu skończyć. Ewentualny epilog mógłby zostać dopisany wiele miesięcy później, gdyby ktoś natknął się gdzieś na zwłoki. Ale i to, w sumie, niekoniecznie.

Ewakuacja odnalezionego Urugwajczyka (fot: Provincia San Juan)

Ewakuacja odnalezionego Urugwajczyka (fot: Provincia San Juan)

I tak pewnie by było, gdyby nie pracownicy prowincjonalnego wydziału hydrografii z San Juan, którzy w niedzielę o świcie ruszyli śmigłowcem na pomiary grubości pokrywy śnieżnej w górach. Gdy wylądowali w pobliżu znajdującego się na wysokości 2840 m n.p.m. i normalnie przez nikogo w zimę nieużywanego górskiego schronu Ingeniero Sardina, któryś z nich zauważył że drzwi do budynku są uchylone. Postanowili je zamknąć i właśnie wtedy, w środku, natknęli się na skrajnie wyczerpanego mężczyznę. Był to Raúl Gómez, który nie potrafił już nawet samemu podnieść się ze swego zaimprowizowanego posłania.

Urugwajczyk został natychmiast przetransportowany do szpitala w stolicy prowincji, gdzie od razu trafił na oddział intensywnej terapii. –Nie jest z nim źle. Jego życiu nie zagraża niezbezpieczeństwo. Ale jest skrajnie odwodniony i wygłodzony.– tłumaczy gubernator.

Na lotnisku w San Juan na odnalezionego Urugwajczyka czekał gubernator prowincji (fot: Provincia San Juan)

Na lotnisku w San Juan na odnalezionego Urugwajczyka czekał gubernator prowincji (fot: Provincia San Juan)

Raúl Gómez zdążył już wyjaśnić, że w górach zaskoczył go atak zimy. Że długo kluczył, nocując w pasterskich szałasach, w których czasami udawało mu się znaleźć resztki jedzenia. A gdy dotarł w końcu do murowanego schronu Ingeniero Sardina (w lecie nocują w nim żadnarmi, u których turyści mogą dokonac odprawy granicznej), zastał w nim trochę cukru i rodzynki. Przyznał też, że kilkakrotnie zdołał złapać i zjeść myszy. –To nasza lokalna tradycja, że na zimę zostawia się w górskich szałasach i schronach trochę jedzienia. Ale są to ilości symboliczne. Dlatego tak niesamowite jest, że udało mu się mimo wszystko przeżyć.– stwierdził gubernator José Luis Gioja.

Zapytałem się go, czy jest wierzący. Odpowiedział, że nie był, ale że teraz już jest.– dodał polityk.

Historia z happy-endem więc? Nie do końca… Bo o odnalezionego Urugwajczyka upomną się pewnie teraz Chilijczycy. Tamtejsza prokuratura jest bowiem przekonana, że popsuty motor był co najwyżej tylko pretekstem, a marsz przez góry najzwyklejszą próbą ucieczki z kraju. Ujawniono, że w ostatnich dniach kwietnia mieszkająca w Santiago de Chile siostra żony Raúla Gómeza zgłosiła, że ten podczas wizyty… dobierał się do jej nieletniej córki nieletniego syna. Po pierwszym przesłuchaniu Urugwajczyka, lokalna prokuratura zakazała mu wówczas opuszczania Chile…

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

4 reakcje na "Odnaleziony żywy po 4 miesiącach! Zbieg?"

  1. Calama  09/09/2013 o 17:21

    O, jak to miło że piszecie o ciążących w Chile na Urugwajczyku zarzutach. Jako chyba jedyni. Bo w innych polskich mediach tylko jest holywoodzka wersja wydarzeń, o bohaterze który przetrwał zimę w Andach.

    Odpowiedz
    • Marcin Węc  09/09/2013 o 17:23

      Zarzuty, zarzutami – to że przetrwał jest i tak niesamowite! Brawo!

      Odpowiedz
  2. caraquena  10/09/2013 o 08:31

    Dlaczego red. Maciej Stasiński na łamach Wyborczej nawet się nie zająknął o ciążących w Chile na Urugwajczyku zarzutach? I zrobił z domniemanego pedofila bohatera, który pokonał andyjską zimę?

    Odpowiedz
  3. Pingback: Chile chce ekstradycji odnalezionego w Andach Urugwajczyka | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.