Z wizytą w Quilotoa


Monika Bębnowska, polska wolontariuszka pracująca w Kolumbii, opisuje swą wizytę w ekwadorskim Quilotoa.

Do Quito, stolicy Ekwadoru, przygnała mnie konieczność, choć tak naprawdę od jakiegoś czasu chciałam ten kraj odwiedzić. Do dyspozycji miałam kilka dni, oczekując na załatwienie kolumbijskich spraw wizowych.

Zrobiłam więc rekonesans w biurach podróży blisko mojego hostelu i w jednym z nich w ręce wpadł mi taki oto folderek:

Folderek_1

Jezioro w kraterze wulkanu Quilotoa (3914 m npm) – bajka! Wycieczka jednodniowa, po drodze atrakcje w postaci targu zwierząt i wszelkich innych dóbr w wiosce Saquisili oraz wizyta u rodziny indiańskiej zamieszkałej w lepiance. Brzmiało ciekawie, więc się szybko zdecydowałam.

O 6.00 rano zapakowałam się razem z pięciorgiem innych turystów do busika. Gdy opuszczaliśmy Quito kierowca zażartował pytając, czy mamy ze sobą zdjęcia z Quilotoa, bo przy takiej pogodzie chyba będziemy potrzebowali pocztówek… Ha, ha, ha… oczywiście nikt tego nie wziął na poważnie.

Pierwszy przystanek był w miasteczku Saquisili, gdzie mieliśmy okazję poprzyglądać się jak odbywa się tradycyjny targ zwierząt, bez pieniędzy, zwierzę wymienia się na zwierzę. W innej części wioski był normalny targ, ze wszelkimi innymi dobrami, częściowo także wymienny. Feeria zapachów i kolorów nie do opisania.

Targ_Saquisili_2

Kolejny przystanek to malutka wioseczka Pujili, gdzie indiańska rodzina podjęła nas aromaticą (herbata na bazie ziół – mięty, rumianku i sezonowych owoców) w swojej lepiance. Wszyscy, łącznie ze zwierzętami, mieszkają na jednej powierzchni, bez okien, bo region ten jest wyjątkowo wietrzny i chłodny. Wokół tego nietypowego domu mały ogródek, studnia. Byliśmy pod wrażeniem prostoty i gościnności tych ludzi, mimo że ciężko się było porozumieć, bo ich dialekt był w niczym do hiszpańskiego niepodobny.

autorka próbuje się porozumieć z indiańską rodziną

autorka próbuje się porozumieć z indiańską rodziną

Gdy koło 11.00 dotarliśmy do Quilotoa i wdrapaliśmy się na mirador, czyli punkt widokowy, żeby podziwiać ten cud natury, to widok był taki:

Mirador_4

Zaklinając pogodę, żeby się nad nami zlitowała i pozwoliła coś jednak zobaczyć, zaczęliśmy schodzić w dół krateru do tafli jeziora. Gawędziliśmy przy tym i żartowaliśmy, aż w pewnym momencie zauważyliśmy, że zaczęło się przecierać.  Padało, ale przynajmniej coś było widać! Widoki były coraz cudniejsze:

Quilotoa_krater_5

Zejście do jeziora zabrało nam pół godziny. Woda zimna, alkaliczna, nie nadająca się oczywiście do picia. Gdzie nie gdzie było widać takie białe bulki na powierzchni – to nieczynny wulkan dawał o sobie znać, że jednak tylko drzemie. Jeden z kompanów wycieczki postanowił wypożyczyć kajak i popływać. Niestety, choroba wysokościowa go zmogła, więc  z powrotem, pod górę, musiał wynająć osiołka.

W drodze powrotnej do Quito utknęliśmy na jakiejś przeleczy, bo spływający z gór potok pod wpływem deszczu stał się rwącą rzeką i podmył drogę. Zrobiła się w niej dziura wielkości tira. Cztery godziny czekaliśmy uwięzieni w busiku, aż lokalni spece zalepią tą dziurę i będziemy mogli przejechać. Okoliczni mieszkańcy od razu wywęszyli interes (na szczęście!) i zjawili się z empanadami prosto z pieca i herbatą. Gdy dano sygnał do przejazdu, brnęliśmy niemal godzinę we mgle jak mleko, aż zjechaliśmy na wysokość poniżej 3000 m npm i zrobiło się przejrzyściej. Do Quito dotarliśmy już nocą, zmęczeni, ale bardzo zadowoleni, bo jak przygoda to przygoda!

***

Autorem tekstu i ilustrujących go zdjęć jest Monika Bębnowska – konsultantka po fachu, wolontariuszka z wyboru, aktualnie zasiedziała w Kolumbii. tierralatina.pl publikowała wcześniej jej teksty o zderzeniu stereotypów z rzeczywistością w Wenezueli, tamtejszym archipelagu Los Roques, oraz o Ciudad Perdida i Dolinie Cocora w Kolumbii. A także o pracy wolontariusza w tym kraju.

P.S. Podróżowaniu po Ekwadorze poświęcony jest jeden z działów naszego forum dyskusyjnego.




Prześlij dalej:

Jedna reakcja na "Z wizytą w Quilotoa"

  1. jeravia  19/09/2013 o 10:29

    Quilotoa jest rzeczywiście przepiękna. Ale będąc w Quito, IMHO, szkoda wydawać forsę na zorganizowaną wycieczkę tam. Można pojechać autobusem do Lacatungi i potem busikiem do Quilotoa. Myślę, że podróż w obie strony powinna się zamknąć w ok. 8-10 dolarach. 🙂

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.