Cristina przegrała, choć wciąż wygrywa…


Koalicja argentyńskiej prezydent Cristiny Fernández jest zdecydowanym przegranym niedzielnych wyborów parlamentarnych. Choć nic nie wskazuje na to, aby mogła stracić komfortową większość w Zgromadzeniu Narodowym lub Senacie.

Po przeliczeniu 80 proc. oddanych w niedzielnych wyborach głosów, wygląda na to, że Front Zwycięstwa (Frente para la Victoria) argentyńskiej prezydent Cristiny Fernández zyskał 2-3 deputowanych i stracił 3 senatorów. Czyli w Zgromadzeniu Narodowym będzie zajmował 132 z 257 foteli, a w Senacie 40 z 72. Oznacza to, że wciąż cieszyć się będzie komfortową większością w obu izbach i nadal jest najpotężniejszą siłą polityczną w kraju. Mimo to wszyscy są zgodni, że… prezydencka koalicja poniosła we wczorajszych wyborach spektakularną porażkę.

Jak to jest możliwe?

Zacząć trzeba od tego, że argentyńska ordynacja wyborcza jest, z europejskiego punktu widzenia, dość nietypowa – tutaj nigdy, w jednym głosowaniu, nie odnawia się całego Parlamentu. W Argentynie wybory organizuje się co 2 lata i wybiera wtedy się w nich – na czteroletnią kadencję – prawie połowę deputowanych, oraz – na 6 lat – 1/3 senatorów.

Konkretnie, w tę niedzielę, wybierano 127 z 257 członków Zgromadzenia Narodowego, oraz 24 z 72 senatorów.

I teraz patrząc tylko na listę wybranych wczoraj polityków, rzeczywiście możnaby odnieść wrażenie, że zwycięzcą jest prezydencka koalicja. Bo np. w izbie niższej Parlamentu miała ona 46 odchodzących deputowanych, a wybranych zostało do niej co najmniej 47 jej kandydatów. Czyli nie dość, że nie stracili, to jeszcze zyskali. Gdzie jest więc ta porażka?

Problem w tym, że większość tych z nowych pro-prezydenckich posłów pochodzi ze słabo zaludnionych prowincji. W kluczowych prowincjach Buenos Aires, Cordoba, Mendoza, Santa Fe, oraz w samej stolicy zwyciężyła, i to bardzo zdecydowanie, opozycja. Dla Zwycięskiego Frontu, który – jak wszystkie argentyńskie ugrupowania polityczne – myśli już o przewidzianych na 2015 r. wyborach prezydenckich, to naprawdę bardzo zła wiadomość – w tych 5 dystryktach wyborczych mieszka bowiem prawie 70 proc. wszystkich wyborców!

Tak więc, procentowo i w skali kraju, poparcie dla prezydenckiej koalicji drastycznie zmalało. W poprzednich wyborach parlamentarnych, dwa lata temu, na jej kandydatów oddano ponad 54 proc. głosów. Wczoraj było ich już tylko ok. 32 proc. Na każdych 10 głosujących, prawie 7 poparło opozycję.

I choć politycy Zwycięskiego Frontu próbowali robić w niedzielę wieczorem dobrą minę do złej gry, podkreślając, że wciąż będą mieli większość w Parlamencie, to jednak w sztabie wyborczym nikt niczego hucznie nie świętował. Bo, tak naprawdę, porażka jest wręcz historyczna – w ciągu 30 lat, które minęły od przywrócenia w Argentynie demokracji, tylko raz rządząca siła uzyskała na półmetku gorszy wynik. Było to w 2001 roku, gdy partia radykalna ówczesnego prezydenta Fernando de la Rúa otrzymała 23,1 proc. głosów. I wtedy, zaledwie kilka tygodni później, jego rząd upadł…

Zwolennicy prezydent prezydent przypominają wprawdzie, że w 2009 roku, czyli w połowie pierwszego mandatu obecnej prezydent, jej koalicja też poniosła klęskę (33,3 proc. poparcia), mimo której 2 lata później odniosła olbrzymi sukces. Ale zapominają dodać, że swe zwycięstwo w 2011 r. Cristina zawdzięczała w dużej mierze niespodziewanej śmierci swojego męża i poprzednika Nestora Kirchnera. Kraj po prostu wzruszył się losem płaczącej wdowy, przysięgającej nad grobem, że będzie kontynuować polityczne dzieło męża. W ciągu zaledwie kilkunastu dni publiczna ocena głowy państwa wzrosła wówczas o ponad 20 proc. Wczoraj zresztą minęła 3 rocznica śmierci męża i ex-prezydenta.

Co dalej?

Same wyniki niedzielnych wyborów nie są, prawdopodobnie, końcem niespodzianek. Bo po ich oficjalnym ogłoszeniu otworzy się „okienko transferowe”, czyli trwający blisko miesiąc okres, w którym – tradycyjnie – niektórzy „starzy” deputowani i senatorowie zmieniają kluby parlamentarne. Na ilu rzeczywiście parlamentarzystów może liczyć każda siła polityczna, będzie wiadomo dopiero na początku grudnia, gdy po raz pierwszy obie izby zbiorą się w nowym składzie. Wielu argentyńskich analityków politycznych przewiduje, że – tak jak w futbolu – może dojść w argentyńskim parlamencie do kilku spektakularnych transferów.

Zważywszy na spadek poparcia dla sił prezydenckich, to właśnie Zwycięski Front może się okazać tonącym okrętem z którego się ucieka. A ratunkową szalupą Front Odnowy, czyli grupa byłych kirchnerystów skupionych wokół Sergio Massy, burmistrza podstołecznego miasta Tigre, który wyrasta na nowego peronistycznego lidera.

I tu mamy kolejną specyfikę argentyńskiej polityki – zarówno rządząca koalicja, jak i znaczna część opozycji, uważają się za politycznych spadkobierców Juana Domingo Perona, którego rządy w latach 1946-1955 uważane są za fundament współczesnej Argentyny. Peronizm jest jednak pojęciem niezwykle pojemnym – zmieścić w nim można całą gamę politycznych poglądów i postaw – od faszyzmu po ultraliberalizm. Peronistą był chociażby prezydent Carlos Menem, który w latach 90-tych ubiegłego wieku prowadził w Argentynie politykę zgodną z ówczesnymi zaleceniami Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, prywatyzując co tylko się da, redukując cła i znosząc wszystkie ograniczenia importowe. Zadeklarowaną peronistką jest także aktualna prezydent Cristina Fernández, której rząd przeprowadza nacjonalizacje i stara się ograniczyć import do minimum.

Sergio Massa - przyszły prezydent Argentyny?

Sergio Massa – przyszły prezydent Argentyny?

Peronistą jest też wspomniany Sergio Massa, lider opozycyjnego Frontu Odnowy, na którego w prowincji Buenos Aires, gdzie mieszka prawie 40 proc. argentyńskich wyborców, oddano wczoraj ponad 42 proc. głosów. Ten 41-letni polityk jest mistrzem w zmienianiu politycznych opcji, choć – poza drobnym epizodem w partii liberalnej na początku swej politycznej kariery – zawsze robi to właśnie wewnątrz peronizmu. Za prezydenta Menema był menemistą, za Duhalde duhaldistą, za Kirchnera kirchneristą, a później cristinistą, tak zagorzałym że przez pewien czas był nawet szefem gabinetu politycznego pani prezydent.

W 2009 roku Massa zaczął się jednak oddalać od rządzącej koalicji, a w czerwcu tego roku sformalizował rozwód, współtworząc i stając na czele Frontu Odnowy. Jego zdaniem aktualny rząd „zadusza gospodarkę i przedsiębiorczość”, „antagonizuje Argentyńczyków” i nieudolnie walczy z przestępczością i korupcją.

Jak widać po wynikach wczorajszego głosowania, wielu Argentyńczyków, coraz bardziej zmęczonych m.in. inflacją i korupcyjnymi aferami wokół rządu, się z nim zgadza. I wielu widzi go już jako przyszłego prezydenta Argentyny. –Zaczęła się nowa era w argentyńskiej polityce!.– on sam zapowiedział, gdy było już wiadomo że odniósł wyborczy tryumf.

Mauricio Macri - aktualny szef rządu miasta Buenos Aires

Mauricio Macri – aktualny szef rządu miasta Buenos Aires

Ale chętnych na argentyńską prezydenturę jest jednak więcej: Mauricio Macri, burmistrz Buenos Aires, którego republikańska partia PRO zdecydowanie wygrała w niedzielę w stolicy, wczoraj po raz pierwszy oficjalnie ogłosił, że będzie „kandydatem zmiany” w 2015 r. Prezydenckie ambicje ma prawo mieć także radykał Julio Cobos, były wiceprezydent, który uzyskał ponad 47 proc. głosów w swej rodzinnej prowincji Mendoza. A także Hermes Binner, który jako kandydat koalicji radykałów i socjalistów otrzymał świetne  42,3 proc. poparcia w prowincji Santa Fe.

Czy liderzy opozycji zdołają się porozumieć, połączyć siły? Macri, którego partia w wielu prowincjach praktycznie nie istnieje, tego wcale nie wyklucza, ale przecież do tego tanga trzeba co najmniej dwojga. No i warto byłoby jeszcze znać swojego wroga…

Bo pytanie, z kim opozycja za dwa lata będzie musiała się zmierzyć w prezydenckich wyborach jest, po wczorajszych wyborach, otwarte bardziej niż kiedykolwiek. Konstytucja nie pozwala Cristinie Fernández na kolejną kandydaturę. Wprawdzie jeszcze niedawno w jej obozie niewykluczano próby zmiany ustawy zasadniczej, tak aby jej to umożliwić, ale wczoraj – po pierwszych wynikach – otwarcie powiedziano, że teraz na pewno nie będzie to możliwe. Daniel Scioli, jednoręki gubernator prowincji Buenos Aires i formalny przewodniczący partii peronistowskiej, bo fenomenalnym wyniku Massy, wydaje się być, przynajmniej w tej chwili, zupełnie poza grą. A innych rozpoznawalnych liderów po prostu nie ma.

Zresztą teraz, od kilku tygodni, nie ma też nawet samej Cristiny Fernández. Prezydent była wielką nieobecną wczorajszego dnia wyborczego i całego finiszu poprzedzającej go kampanii. 8 października przeszła bowiem operację usunięcia krwiaka podtwardówkowego, który podobno był konsekwencją upadku jakiego  miała doznać w sierpniu. Od trzech tygodni publicznie się nie pokazuje, a obywatelom nie pozostaje nic innego jak wierzyć w oficjalne komunikaty o przebiegającej ponoć prawidłowo jej rekonwalescencji. Nawet w jej obozie przyznają, że nie wiadomo kiedy Cristina powróci i w jakiej będzie formie.

Póki co, zgodnie z Konstytucją, obowiązki głowy państwa i szefa rządu pełni wiceprezydent Amado Boudou, który już od dawna, regularnie zajmuje czołowe miejsca w rankingu najmniej lubianych polityków Argentyny.

Może więc Sergio Massa ma rzeczywiście rację i wczoraj naprawdę zaczęła się nowa era w argentyńskiej polityce? Choć niekoniecznie to on będzie jej głównym aktorem po 2015 r.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

5 reakcji na "Cristina przegrała, choć wciąż wygrywa…"

  1. Wojtek Malkowski  28/10/2013 o 20:25

    Przyznaję, że z dużą przyjemnością przeczytałem ten artykuł, chyba pierwszy tak dokładnie tłumaczący po polsku zawiłości argentyńskiej polityki.

    Argentyna jest mi szczególnie bliska, od czasu gdy 7 lat temu (jak ten czas leci) ukończyłem studia podyplomowe na Universidad de Buenos Aires, czyli prestiżowej UBA. Myślę, że mogę powiedzieć, że kraj ten znam dość dobrze, bo nie dość że mieszkałem w nim dwa lata i mam tam wielu przyjaciół, to jeszcze staram się tam co roku wracać. Czasem nawet udaje mi się to 2 razy w roku. Śledzę więc w miarę na bieżąco dokonujące się tam zmiany i sytuację polityczną.

    Ale to, że znam Argentynę wcale nie znaczy, że ją rozumiem. Powiem nawet, że im lepiej ją znam tym bardziej staje się dla mnie ona zagadkowa.

    A już zupełną tajemnicą jest dla mnie „portret argentyńskiego wyborcy”, czyli wytłumaczenie dlaczego głosują tak, a nie inaczej.

    Np. wspomniana w tym tekście śmierć Nestora Kirchnera. Tak się składa, że byłem akurat wtedy byłem w Argentynie. I byłem świadkiem tej zadziwiającej przemiany Argentyńczyków. Mój kolega ze studiów, bardzo inteligentny facet, w ciągu kilkunastu dni stał się z zaciekłego krytyka pani prezydent (mówił o niej per suka-wariatka) w szczerego admiratora. Gdy pytałem się go o powód takiej przemiany stwierdził, że po prostu jej współczuje i podziwia, że tak kochała Nestora po tylu latach małżeństwa. No comment.

    3 lata później rzeczony kolega nadal jest zwolennikiem pani prezydent. Już jej nie współczuje, ale jest bardzo wdzięczny, bo dzięki partyjnym koligacjom (słynna Campora, czyli prezydencja „młodzieżówka”) dostał etat w jednej z państwowych, dużych firm. Ale powtarzam – dostał etat. Nie pracuje w tej firmie, jedynie odbiera z niej co miesiąc pieniądze. Pracuje nadal w prywatnej korporacji. Pensja z fikcyjnej państwowej posadki to prawie 4krotne średnie wynagrodzenie. Za co? Za chodzenie na marsze poparcia dla Frente para la Victoria. To jedyny obowiązek.

    Jednak najbardziej facynujące jest dla mnie to, że on się wcale tego nie wstydzi. On jest z tego dumny i zandowolony. Po prostu otwarcie mówi, że jest złodziejem. Zresztą sam mu to powiedziałem, co wcale go nie zmieszało. Każdy by skorzystał z takiej okazji – odpowiedział. Może ma rację?

    Gdy rozmawiam z Argentyńczykami o aktualnej prezydent, to nawet jej zagorzali krytycy nie mówią o skandalach korupcyjnych, o milionach dolarów, które ponoć poumieszczała na zagranicznych kontach, o jej licznych nieruchomościach, terenach, etc. To nigdy nie jest przedmiotem krytyki – ci co mają własne biznesy narzekają ewentualnie na biurokrację, na korupcję urzędników, inni na większą przestępczość, wyszycy na rosnące ceny. Ale nikt nie zarzuca, że prezydent i jej otoczenie okradają kraj. Gdy się o to pytam po prostu odpowiadają, że przecież politycy zawsze kradną. I związki zawodowe też. Dla nich to zupełnie normalne. Naturalne wręcz.

    Kiedyś mi powiedział jeden kumpel – „bo my po prostu jesteśmy narodem złodziei i kombinatorów. Nam imponuje, że ktoś potrafił się „ustawić” i napchać kieszenie.”

    Przerażające twierdzenie, ale czasem patrząć na Argentynę wydaje mi się, ze coś w tym jednak jest. Choć, wewnętrznie, bronię się przed przyznaniem temu racji. Bo naprawdę lubię Argentynę i Argentyńczyków.

    Odpowiedz
    • BsAs  29/10/2013 o 19:45

      „bo my po prostu jesteśmy narodem złodziei i kombinatorów. Nam imponuje, że ktoś potrafił się „ustawić” i napchać kieszenie.”

      Na szczescie nie wszyscy Argentynczycy sa tacy, ale rzeczywiscie bardzo wielu. Szczegolnie w stolicy. Ale, czy przypadkiem my Polacy nie jestesmy podobni? Tez uchodzimy w Europie, za zlodziei i kombinatorow. Przynajmniej kiedys tak bylo. Moze dlatego Polacy tak latwo sie do Argentyny adaptuja? Z ta roznica, ze Polak sie nie przyzna, nie powie ze mu takie zachowanie imponuje. Ale jak bedzie mial okazje to skorzysta.

      Odpowiedz
  2. BsAs  29/10/2013 o 19:47

    Rozczulajacy byl dzisiaj tytul jednej z K-gadzinowek (El Argentino, albo Tiempo Argentino): „Frente para la Victoria zdobylo w niedziele wiecej glosow niz podczas prawyborow!”
    Rzeczywiscie, jest co celebrowac! 🙂

    Odpowiedz
  3. Pingback: Argentyna - wyniki wyborów w 2013 r. | tierralatina.pl

  4. Pingback: Koniec epoki Kirchnerów w Argentynie? | tierralatina.pl

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.