Zmierzch epoki Kirchnerów


Niedawne wybory parlamentarne w Argentynie wygrała rządząca od dekady koalicja. Ale wygląda na to, że to zwycięstwo może być początkiem jej końca.

Czy wybory parlamentarne można wygrać, ponosząc zarazem historyczną porażkę? Czy partia rządząca może być równocześnie największym opozycyjnym ugrupowaniem? W Argentynie odpowiedź na oba te pytania jest jak najbardziej twierdząca.

Zacznijmy od wyborów – te parlamentarne organizowane są tutaj co dwa lata, a wyborcy wybierają wówczas połowę Izby Deputowanych (na 4 lata) i jedną trzecią Senatu (na sześć lat). Nigdy więc nie zmienia się składu całego Parlamentu, co – przynajmniej teoretycznie – pozwala na zachowanie ciągłości polityki i  zapobiega gwałtownym zmianom i rewolucjom.

To świetne rozwiązanie dla kraju, w którym sympatie wyborcze bywają bardzo niestałe. Bo my, Argentyńczycy, prawie nigdy nie głosujemy na partie, lecz na konkretne osoby. Obraz kandydata jest znacznie ważniejszy od jego programu. Ale równowcześnie, jesteśmy w stanie głosować na kogoś, nie dlatego, że go wspieramy i lubimy, ale tylko dlatego, że ma on największe szanse przeszkodzić komuś, kogo nie chcemy już oglądać.– tłumaczy tierralatinie.pl Luis Tonelli, profesor politologii z Uniwersytetu Buenos Aires.

Cristina Fernandez

Cristina Fernandez

O tej zmienności przekonała się właśnie argentyńska prezydent Cristina Fernández, przez Argentyńczyków nazywana po prostu Cristiną, której koalicja, peronistyczny Zwycięski Front, otrzymał 27 października poparcie ok. 33 proc. wyborców. I choć wynik ten wciąż daje mu status najpopularniejszego ugrupowania w kraju, uznany jednak został za historyczną porażkę

Dlaczego? Bo w poprzednich wyborach, czyli zaledwie dwa lata temu, prezydenckie ugrupowanie popierało rekordowe ponad 54 proc. głosujących,  a wybrana wówczas na drugą kadencję Cristina była najpopularniejszym politykiem od czasu słynnej Evity.

Budujemy nową, silną Argentynę. Nie dla wybranych, ale dla wszystkich. Bez żadnych wykluczeń. Demokratyczną. To projekt narodowy i ludowy! – mówiła na wiecach, a tłumy wiwatowały.

Przed ostatnimi wyborami wieców z jej udziałem już nie było. Na początku października Cristina przeszła operację usunięcia krwiaka opon mózgowych, będącego ponoć konsekwencją jakiegoś upadku kilka miesięcy wcześniej. I choć oficjalne komunikaty zapewniają o pomyślnie przebiegającej rekonwalescencji, wciąż nie wiadomo, kiedy będzie mogła ponownie przejąć rządy.

Póki co zastępuje ją wiceprezydent Amado Boudou – polityk zamieszany w liczne korupcyjne skandale i od wielu miesięcy będący w ścisłej czołówce najmniej lubianych członków rządu. I choć Cristina starała się go trzymać ostatnio na dalekim planie, od miesięcy nie dając mu okazji do publicznych wystąpień, to konstytucja nie dała jej wyboru – w przypadku choroby prezydenta władzę przejmuje automatycznie jego zastępca. Także wtedy, gdy szacunkiem nie darzą go już nawet inni ministrowie. Szef argentyńskiego MSW, Florencio Randazzo, otwarcie powiedział, że nie zamierza niczego konsultować z wiceprezydentem, lecz będzie robił to co, w jego mniemaniu, chciałaby Cristina…

Wymuszona operacją nieobecność, ma też swe dobre strony – oszczędziła argentyńskiej prezydent konieczności reagowania na wyborczą porażkę. I to porażkę historyczną – bo choć dwa lata temu jej rząd miał największe poparcie w historii peronizmu, tak w ciągu ostatnich 30 lat, które minęły od przywrócenia w Argentynie demokracji, nie było peronistycznego rządu który miałby na swym półmetku gorszy wynik. I to mimo oficjalnych zapewnień, że Argentyńczykom nigdy nie żyło się lepiej.

A może właśnie ze względu na te zapewnienia? –Mnie naprawdę szlag trafia gdy słyszę prezydent mówiącą, że Argentyna ma się świetnie, bo ona była właśnie w Miami i widziała tam w sklepach setki Argentyńczyków wydających pieniądze. Ani ja ani nikt z mojej rodziny nie tylko nigdy nie był za granicą, ale nawet nie pojechał na wakacje. Bo nas po prostu nie stać! – tłumaczy mi Juampi, robotnik z fabryki pod Buenos Aires. Do stolicy przyjechał dziewięć lat temu z rodzinnej prowincji Entre Rios. –Tam bieda jest straszliwa. O pracę trudno, zimą ludzie naprawdę głodują. Tu mieszkam w slumsie, ale dość cywilizowanym, w miarę bezpiecznym, choć niestety dużo w nim ludzi, zwłaszcza młodych, uzależnionych od narkotyków. Chciałbym się wyrwać, ale łatwo nie jest. Choć wszyscy w rodzinie: ja, moja żona i 16-letni syn, ciężko pracujemy to inflacja pożera oszczędności. Coraz trudniej dotrwać do wypłaty.– dodaje.

Inflacja to jeden z głównych zarzutów stawianych rządowi Cristiny. Oficjalnie nie jest dramatyczna – wynosi ok. 10 proc. Problem w tym, że INDEC, czyli narodowy urząd statystyczny, kilka lat temu stracił niezależność, stając się narzędziem rządowej propagandy. Władza posunęła się do tego, że zakazała uczelniom i prywatnym instytutom, pod groźbą kary finansowej, publikowania niezależnie wyliczanych wskaźników ekonomicznych. Ich wyniki podają jednak do wiadomości publicznej chronieni immunitetem deputowani opozycji. I według nich inflacja w Argentynie sięga już 26 proc. rocznie, co plasuje ten kraj wśród państw o najszybciej rosnących cenach na świecie. Tuż obok Wenezueli, Białorusi, Syrii, Malawi i Etiopii.

Inflacja, rosnąca przestępczość, korupcja, biurokracja. Tak dla mnie wyglądają rządy Cristiny, a właściwie Kirchnerów, bo zaczęło się to od jej męża-poprzednika Nestora Kirchnera.– twierdzi Pedro, przedsiębiorca z Buenos Aires. Pedro nie jest jego prawdziwym imieniem, a na rozmowę zgodził się pod warunkiem, że nie podam żadnej informacji pozwalającej zidentyfikować jego czy firmę. – Nie chcę mieć nalotu kontrolerów.- przyznaje.

Bo rząd Cristiny krytyk zdecydowanie nie lubi. Nie brakuje biznesmenów, którzy po skargach w prasie mieli kilka dni później wszystkie możliwe kontrole. I władze wcale nie ukrywały, że to przypadek.

Ten rząd stosuje zasadę – dla przyjaciół wszystko, dla wrogów prawo. Jak dobrze z nimi żyjesz, płacisz łapówki, dzielisz się zyskami, możesz tu robić wielkie interesy i wszystko jest możliwe. Jeśli nie wejdziesz w polityczne układy, jest gorzej niż kiedykolwiek. – twierdzi Pedro. Jako przykład podaje import. Jego firma wytwarzająca produkt nie mający konkurencji w Ameryce Łacińskiej musi sprowadzać jeden drobny, ale ważny podzespół z Francji. W Argentynie, ani w całej Ameryce Łacinńskiej nikt go nie produkuje. Ale Cristina Kirchner, w imię ochrony argentyńskiego przemysłu, najchętniej zamknęłaby granice przed importem. Sprowadzenie czegokolwiek to biurokratyczne wyzwanie. – Dawniej procedura celna trwała dwa tygodnie, teraz zajmuje nawet pół roku. Więc już nic nie importuję; sprowadzam do Urugwaju, tam płacę cło i przemycam przez granicę. – tłumaczy Pedro.

Kto po Kirchnerach?

Ale nawet ci przedsiębiorcy, którzy robili z rządem Cristiny dobre interesy, zaczynają się rozglądać za nowym politycznym rumakiem. Rządząca od dekady koalicja kirchnerystów jest tworem w 100 proc. wodzowskim. Stworzony przez Nestora Kirchnera plan przewidywał, że będzie on sprawował władzę na przemian z żoną, obchodząc w ten sposób konstytucyjny zakaz więcej niż dwóch następujących po sobie mandatów prezydenckich dla tej samej osoby. Ale Nestor niespodziewanie zmarł w październiku 2010 r., Cristina w 2015 r. zakończy swoją drugą kadencję, a następcy w jej obozie nie ma. Ani siły politycznej zdolnej zmienić konstytucję.

„Najwyższy więc czas szukać alternatywy.” – takie słowa usłyszałem z ust szefa europejskiego koncernu, bardzo aktywnego w Argentynie. Doskonale tłumaczą one, dlaczego biznes tak przychylnie spojrzał na kandydaturę Sergio Massy, burmistrza niewielkiego podstołecznego miasta Tigre, który stał się największym bohaterem październikowych wyborów parlamentarnych.

Na tego 41-letniego lidera dopiero co powstałego Frontu Odnowy, w prowincji Buenos Aires, gdzie mieszka prawie 40 proc. argentyńskich wyborców, oddano ponad 42 proc. głosów. I choć Massa jest mistrzem w zmienianiu politycznych opcji, to – poza drobnym epizodem w partii liberalnej na początku swej politycznej kariery – zawsze robi to wewnątrz peronizmu, tej niezwykle pojemnej argentyńskiej doktryny polityczniej, w której zmieścić można całą gamę poglądów i postaw, od faszyzmu po ultraliberalizm.

Massa za prezydenta Menema był menemistą, za Duhalde duhaldistą, za Kirchnera kirchneristą, a później cristinistą, nawet tak zagorzałym że przez pewien czas piastował funkcję szefa gabinetu politycznego pani prezydent.

W 2009 r. Massa zaczął się jednak oddalać od rządzącej koalicji, a w czerwcu tego roku sformalizował rozwód, stając na czele nowego ruchu. Jego zdaniem aktualny rząd dusi gospodarkę i przedsiębiorczość, antagonizuje Argentyńczyków i nieudolnie walczy z przestępczością i korupcją.

I choć w sumie nie wiadomo, jakie konkretnie Massa ma recepty na poprawę tego, co nie wyszło Cristinie, jego popularność rośnie. I zdaniem wielu argentyńskich politologów nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić. Powtarzają, że w argentyńscy wyborcy łatwo wybaczają polityczne zdrady, ale niechętnie porażki.

Naczelnym celem peronizmu jest pozostanie za wszelką cenę przy władzy.- słyszałem w Argentynie wielokrotnie, także od sympatyków aktualnej prezydent.

Więc fakt, że Massa w swoim regionie zdeklasował kandydata prezydenckiej koalicji jest kluczowy. I stawia go, przynajmniej w tej chwili, na „pole position” w wyścigu o prezydenturę w 2015 r. –W najbliższym czasie będziemy świadkami coraz częstrzych transferów z obozu prezydenckiego do Frontu Odnowy.– przewiduje profesor Tonelli.

W argentyńskiej polityce już zaczęła się nowa era!– zapowiada dumnie sam Sergio Massa.

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.