Chiribiquete 2013, czyli w poszukiwaniu dziewiczych rzek


Kolumbijski Park Narodowy Chiribiquete to gęsty las deszczowy, poprzecinany rzekami, które z hukiem przewalają się przez progi i wodospady. Na przełomie listopada i grudnia 2013 r. udało mi się przepłynąć w tym rejonie ponad 500 kilometrów rzekami Tunia, Apaporis, San Jorge i Cunare. 

W 2011 roku wyprawa, którą kierowałem zakończyła się niepowodzeniem. W kanionie Tiburon nad rzeką Yari doszło do wypadku, w wyniku którego spędziłem niemal pięć dni najpierw szukając łodzi, a później wiosłując po pomoc dla partnera w kierunku wioski Araracuara. Brawurowa akcja żołnierzy kolumbijskich sił powietrznych, którzy przyszli z ratunkiem mnie i mojemu partnerowi była pokazywana w wielu telewizjach na całym świecie. Na podstawie tych wydarzeń kanał Discovery nakręcił odcinek programu Beara Gryllsa  „Ucieczka z piekła”

Mój bratanek Bartuś urodził się z syndromem Pierra Robina. Przeszedł szereg operacji, ale do dzisiaj nie może samodzielnie chodzić, choć ma już prawie pięć lat. Udział w programie Beara Gryllsa na Discovery daje mi możliwość pozyskania funduszy na jego leczenie i rehabilitację dzięki prelekcjom i publikacjom. Postanawiam, że wyprawa Chiribiquete, którą planuję na listopad i grudzień 2013 będzie zadedykowana właśnie mojemu bratankowi.

 

chiribiquete 2013

Parque Nacional Natural Serranía de Chiribiquete to największy z kolumbijskich Parków Narodowych. Na mapie zaznaczona jest trasa ekspedycji.

 

Na miesiąc przed wyprawą kontaktuję się ze znajomym biologiem z Villavicencio Francisco Castro. Francisco obiecał mi pomoc w znalezieniu przewodnika, który będzie mnie wspierał w tegorocznej  wyprawie. Pytam go czy wszystko jest załatwione. Francisco odpisuje, że aby zakontraktować przewodnika muszę udać się do Araracuary. Daje mi namiar na zaufanego człowieka. Ramy czasowe i finansowe  przedsięwzięcia nie pozwalają jednak na lot do Araracuary.  Samoloty latają tam raz w tygodniu. Kontaktuję się więc z Thomasem Doyerem – holenderskim właścicielem firmy De Una Colombia. Wiem, że Thomas organizuje wyprawy w najbardziej odległe miejsca w kolumbijskiej Amazonii. Liczę na to, że zna dobrego przewodnika. Thomas po zapoznaniu się z moim projektem zapala się do pomysłu. Sam bardzo chciałby się przyłączyć, ale ze względu na obowiązki nie może. Po kilku dniach potwierdza, że dołączy do mnie jego najbardziej zaufany człowiek: Jaime Gomez. Dzwonię do niego, żeby mu podziękować:

Thomas, czy uważasz, że jest duże ryzyko, że natkniemy się na rebeliantów? – pytam

Nie znam terenów nad Rio Tunia, ale nieraz zapuszczałem się w okolice Rio Apaporis i tam natykaliśmy się na przemytników narkotykowych. Cholera wie czy to partyzanci, czy też ludzie, którzy im tylko pomagają w narkobiznesie. Zwykle zadają kilka pytań, dajemy im jakieś fajki i rozchodzimy się w zgodzie. – odpowiada Holender

 

4.11.2013, blog greenhell.org:

Pisałem już o powodach, które pchają mnie w miejsca nieeksplorowane. W poszukiwaniu wolności w jej skrajnym, anarchistycznym wydaniu. Teraz napiszę dla kogo to robię. Mój bratanek Bartuś urodził się z rzadkim zespołem cech i jest mu trudniej w życiu niż jego zdrowym rówieśnikom. Łączy nas jedno: i Bartuś i ja wiele razy ocieraliśmy się o śmierć. Ja z własnej woli szukając przygód, a on na OIOMie w Katowicach. Dla mnie bezwzględnie większym twardzielem jest Bartek. Nie zapomnę tych brzydkich syfem deszczu i śmieci listopadowych dni 2009 roku kiedy czekałem pod kliniką na wieści czy mały dał radę, czy go jeszcze zobaczę. Pomyślałem, że moje wyprawy mogą pomóc bratankowi w powrocie do zdrowia i rehabilitacji. Dlatego wszystkie wynagrodzenia pochodzące z publikacji i prezentacji mojej najnowszej wyprawy i wszystkich wcześniejszych będą przeznaczane na leczenie i rehabilitację Bartka.

Ponton, który dostałem od kanału Discovery w porozumieniu z właścicielem firmy SOAR jest zapakowany w pudło po drukarce, które dostałem od informatyków z mojej firmy. Czeka na wysyłkę UPSem. Wiosła też mieszczą się do kartonu, tak jak i jedyna ocalała po wyprawie w dół Rio Yari kamizelka ratunkowa. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że celnicy nie przyczepią się do dokumentów wysyłkowych.

Sprawdzam w systemie UPS. Polacy przesyłkę odprawili i puścili dalej. Co zrobią Kolumbijczycy? Tego się dowiem już na miejscu w Bogocie.

Liny dostałem od dobrego kolegi – Pawła Kajzerka, a katadynowy filtr do wody kupiłem na dzień przed odlotem do Kolumbii. Maczeta, dwadzieścia liofilizatów, oraz dzienne porcje orzeszków, migdałów i suszonych bananów lądują w plecaku.

 

 6.11.2013, blog greenhell.org:

Wierzyć mi się nie chce, że w czasie kiedy pankowcy ze skinami będą się ścierać w Dzień Niepodległości na ulicach Warszawy, ja będę się przedzierał przez ostatnie dzikie rzeki planety Ziemia. Na nieznanych wodach, jak kapitan Jack Sparrow, ale pod biało czerwoną banderą z orłem. Mandżur spakowany, możesz płynąć chłopaku. Artykuł o mojej wyprawie sprzed dwóch lat opublikowany w listopadowym Playboyu kończy się tymi słowami: „…Kiedy ten numer Playboya trafiał do kiosków Maciej Tarasin był już w drodze na kolejną swoją wyprawę. Tym razem poleciał do… Kolumbii. Ma zamiar eksplorować mało znane indiańskie malowidła naskalne w Parku Narodowym Chiribiquete. Rzeka Yari, którą Kolumbijczycy nazywają także Río de los Engaños płynie przez południowy kraniec tego parku. Maciek twierdzi, że jeszcze nie przyszedł czas, aby ponownie zmierzyć się z kanionem, który dwa lata temu niemal pozbawił go życia. Ale nad Yari jeszcze pewnie kiedyś wróci. Tym razem lepiej przygotowany. Bo Río de los Engaños to po polsku Rzeka Podstępów…”

Aby dotrzeć do indiańskich malowideł, które rozpalają wyobraźnię będę musiał pokonać setki kilometrów trzech różnych rzek, kilka wyjątkowo trudnych kanionów i kilkanaście kilometrów przez las deszczowy z obciążeniem 40 kg. Warto, bo ta wyprawa do Chiribiquete, na nieznanych wodach, jest wyprawą dla BARTKA. Bartuś po obejrzeniu w Discovery programu z moim udziałem z przejęciem relacjonował mi kilka dni później co tam zobaczył. Chciałem sprawdzić czujność malca i spytałem go: Bartusiu, a czy Twój stryjek w kanionie płakał? Na co on odpowiedział smutno kiwając główką: Tak, płakał… Słuchaj chłopaku. Twój stary stryj Maciej nie płakał, on walczył tak jak Ty walczysz z wszelkimi trudnościami. I tak trzymaj Bart!

Kolumbijski Park Narodowy Chiribiquete to jedno z najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi – terytorium wielkości Belgii otoczone gęstwiną deszczowych lasów pokrywają prekambryjskie góry stołowe tepui, rzeki niosące czarne wody z hukiem przewalają się przez wodne progi i liczne wodospady. Park jest ostoją jaguara, wydry olbrzymiej i tapira, występują w nim też endemiczne gatunki roślin. W 1943 roku swoją pierwszą wyprawę botaniczną do Serranía de Chiribiquete podjął botanik Richard Evans Schultes. Ponad pół wieku po tym jak wspiął się na pierwsze tepui, Schultes pozostawał pod ogromnym wrażeniem tego niezwykłego miejsca. Nad biurkiem w Harvardzie miał fotografię zrobioną w Chiribiquete, która przypominała mu o tym „zagubionym świecie”. Schultes powiedział swojemu biografowi, że te niesamowite formacje skalne wyglądały jak gigantyczne rzeźby powstałe w warsztacie Boga: „To właśnie po tych wstępnych eksperymentach On poszedł i zbudował świat.„- miał powiedzieć Schultes.

Park Narodowy Chiribiquete jest największym archeologicznym kompleksem malowideł naskalnych w północnej części Ameryki Południowej. Malowidła przedstawiają mitologiczne sceny polowania, tańca, ludzi i zwierzęta. Głównym motywem sztuki naskalnej  jest przeistoczenie się szamana w jaguara pod wpływem środków halucynogennych. Thomas van der Hammen, jeden z naukowców badających te tereny po tym jak ujrzał namalowane na skałach tepui dzieła indiańskiej sztuki nazwał Chiribiquete „Kaplicą Sykstyńską Amazonii”. Wyprawy naukowe  mające na celu badania nad malowidłami zostały zaniechane na wiele lat na skutek konfliktów z kolumbijską partyzantką zajmującą się biznesem kokainowym. Naukowcy wrócili tam  w 2005 roku i najprawdopodobniej badania nad malowidłami będą kontynuowane. Oprócz spłynięcia nieeksplorowanej wcześniej Rio San Jorge bardzo zależało mi na dotarciu do „Kaplicy Sykstyńskiej Amazonii”.

Plan wyprawy Chiribiquete 2013 zakłada spłynięcie RioTunia, fragmentu rzeki Apaporis oraz Rio San Jorge. Po pokonaniu założonej trasy, do Araracuary ma nas eskortować wyprawa holenderska, która chciała dotrzeć do tepui płynąc motorówką w górę Rio Cunare. Jednym słowem mamy się spotkać gdzieś na Rio Cunare lub Rio Mesai. Celem wyprawy jest przepłynięcie z północy na południe Serranía de Chiribiquete i pierwsza udokumentowana wioślarska wyprawa w dół rzeki San Jorge. Indianie Karijonas, którzy niegdyś zamieszkiwali obszary nad rzekami Yari, Cunare czy San Jorge znani byli z tego, że wiosłowali stojąc. Być może to oni byli pierwszymi, którzy zmierzyli się z kanionami i wodospadami Rio San Jorge, chociaż żaden przekaz o tym nie przetrwał do naszych czasów.

 

7.11.2013, Facebook:

Hala odlotów Pyrzowice. 90 procent oczekujących to mężczyźni między 30 a 50 rokiem życia. Aryjczycy, jest kilku Azjatów. Wchodzą dwie wysokie Polki z obsługi. Jedna ma duży tyłek. Grupka Niemców z wyraźnym zachwytem podąża wzrokiem za każdym jej ruchem, za dość zwinnym kolebaniem się w biodrach zważywszy na spore gabaryty. Azjaci sobie z czegoś dworują po cichu, Niemcy nieco głośniej wymieniają uwagi po czym rechoczą na teutońską modłę. Pani z obsługi poprawia ciemne włosy skrywając kształtne biodra za kontuarem. Syfiata pogoda sprawia, że większość podróżujących bierze ten poranek na ponuro. Tylko Niemcy dalej rechoczą..

 

8.11.2013, Bogota

Po niezwykłych przygodach jakie miałem nad rzeką Yari w 2011 roku zależało mi, żeby ta wyprawa skończyła się zgodnie z wcześniej założonym planem. Ponton i reszta sprzętu jest już na miejscu w Bogocie, a o umówionej godzinie spotykam Jaime Gomeza – Indianina z plemienia Tucano, który będzie mi towarzyszył przez kolejny miesiąc wyprawy w jedno z najbardziej odległych miejsc na Ziemi.

Znasz tereny nad rzeką Tunia?–pytam Jaime

Nie, ale wiele lat temu pływałem w górę Rio Apaporis aż do Dos Rios.

– To już coś – myślę, chociaż w planie mamy przepłynięcie nieco ponad 20 km rzeką Apaporis.

O godzinie 20:00 wsiadamy do taksówki i udajemy się na dworzec autobusowy w Bogocie. Sprzęt ledwo się mieści do auta. Piątkowe korki osiągają

Jaime Gomez

Jaime Gomez

punkt kulminacyjny, wygląda na to że nie zdążymy na autobus do Florencji. I wtedy taksówka się psuje. Jaime wyskakuje z niej i błyskawicznie zatrzymuje inną, jeszcze mniejszą. On przywalony worami ze sprzętem z tyłu, ja z przodu zapominamy zapłacić kierowcy zepsutej taksówki, bo już jesteśmy w drodze na terminal autobusowy.

Na dworcu, jak zwykle, zamęt. Przeciskamy się przez ogromny tłum ze sprzętem ważącym 80kg. Jaime rozpycha się w kolejce i za chwilę wraca z dwoma biletami w ręku. Pakuję wory do luku bagażowego i wtedy mój przewodnik nagle znika. Kiedy autobus ma odjechać zjawia się w ostatniej chwili niosąc napoje chłodzące. Przebija mi żółwia i śmiejąc się mówi:

Musiałem sobie kupić doładowanie do telefonu.

Rozsiadamy się w przestronnych fotelach za kierowcą i po chwili miejsce obok mnie zajmuje atrakcyjna Kolumbijka, a miejsce obok Jaime prawdziwa seksbomba. Budzę się w środku nocy i widzę, że dziewczyna śpiąca obok mojego towarzysza nieświadomie zakłada na niego nogę. Błogi uśmiech na twarzy Indianina świadczy o tym, że dawno nie było mu tak dobrze. Już wiem, że trafiłem na prawdziwego szczęściarza.

 

9.11.2013, Florencia

Nad ranem pytam mojej współpasażerki o imieniu July czy zna jakiś dobry hotel we Florencji. Okazuje się, że jej ojciec prowadzi pięknie położone gospodarstwo agroturystyczne z widokiem na kanion. Pół godziny później zajadam ze smakiem krakowską suchą i jajkami,  popijając sokiem ze świeżego ananasa. Papugi skrzeczą pod różowym parasolem, biały kogut dziobie ziarno w pobliżu, a na dziedzińcu rozbrzmiewa latynoska muzyka. Jaime zabawia rozmową gospodarza.

Za młodu mieszkałem w Villa Gladys i znałem osobiście największych kolumbijskich baronów narkotykowych. – chwali się mój przewodnik. –To były szalone czasy.

 

9.11.2013, Facebook:

Zawsze mnie matka ostrzegała, ze wpadnę w złe towarzystwo. Moj towarzysz podróży na nieznanych wodach poznał osobiście Pablo Escobara w Vila Gladys nad Apaporis, a z Gachą „Meksykaninem” pił browary. Teraz pije ze mną. Zawsze marzyłem, żeby znaleźć sie w awangardzie ludzi sukcesu i ryzyka..

Nasi gospodarze zabierają nas do Florencji na zakupy. Musimy kupić kompas i kamizelkę ratunkową dla Jaime. W sklepie sportowym mają tylko chińską – niesamowite dziadostwo, kolorowe i zupełnie niefunkcjonalne, ale Jaime cieszy się z nowego gadżetu. Zapada zmrok i wszyscy udajemy się  na piwo do lokalu, z którego roztacza się boski widok na rozświetloną Florencję. Opowieściom nie ma końca. Ja wyłączam się na chwilę i wracam myślami do Polski…

 

10.11.2013, Facebook:

Pożegnałem więc Nową Jerozolimę jak nazywała sie finca pod Florencją, gdzie odpoczywałem po trudach całonocnej podróży. Koty, psy, papugi i kury żyją tam w niesłychanej harmonii. Ale największym skarbem Kolumbii są ludzie. Tutaj też odnalazłem otwarte serca i pomocne dłonie, ciepło kuchni i zimno piwa. Te amo Colombia! Już dzisiaj kolejny etap wyprawy Chiribiquete na nieznanych wodach dla Bartka. Ruszamy do  San Vincente del Caguan. Miałem wczoraj kryzys związany z tym, ze Jaime mówił dużo o ludziach, miejscach i rzeczach, które mnie bardzo interesują,  a ja większości z tego nie rozumiem. Dobrze, że przynajmniej browara potrafię zamówić. Trzeba się było uczyć głupolu.

 

11.11.2013, Facebook z San Vicente del Caguan:

Dzisiaj ruszamy na sawanny rzeki Yari w okolice Candilejas w poszukiwaniu Rio Tunia, której istnienia nikt w San Vincente nie potwierdza. To pierwsza kłoda pod naszymi nogami. Dobre wieści są takie, że mój pól-Indianin Jaime, jak się wczoraj na piwie dowiedziałem, spłodził tuzin dzieci z 4 różnymi kobietami. To prawdziwy zdobywca i eksplorator kobiecych dusz i łon. Wczoraj wychlapał, że jego najstarsze dziecko ma 40 lat. Gdy szybko policzyłem, że musiałby zostać 14 letnim ojcem, on szybko zmienił metrykę i postarzył się w mgnieniu oka o 3 lata. 

Trzy tygodnie później po spotkaniu z Holendrami, którzy dobrze znali mojego towarzysza dowiedziałem się, że w istocie ma on sześćdziesiąt pięć lat, a po indiańskich wioskach w okolicach Villa Gladys, oprócz tuzina dzieci do którego Jaime się oficjalnie przyznaje, biega drugie tyle, które wołają za nim: Tato!

 

11.11.2013, San Jose de Caquetania

Starszy mężczyzna mieszkający wraz z żoną i wnuczkiem w niemal opuszczonej osadzie ostrzega nas, że Rio Tunia, którą pływał za młodu, to rzeka bardzo niebezpieczna, pełna wodnych progów i kanionów. Zasmakowały mu moje orzeszki ziemne. Co chwila sięga po żylastymi dłońmi spalonymi słońcem. Jego żona, Indianka o bystrym i wesołym spojrzeniu, przynosi zamówione piwa i dodatkową butelkę oleju do smażenia ryb.

Czasami w dół Rio Tunia pływają archeolodzy albo geolodzy, sam nie wiem. – mówi starszy człowiek.Wojsko też się tu kręci. Bądźcie ostrożni.

Trzy lata temu spłynąłem Rio Altamachi w boliwijskich górach. – tłumaczę staruszkowi. – Zaczynaliśmy wtedy z wysokości 1500 m n.p.m., teraz zaczynamy z poziomu 300 m n.p.m. Poradzimy sobie.– zapewniem jego i siebie.

Zabieram ich wnuczka o szlachetnych, indiańskich rysach na przejażdżkę łodzią po Rio Tunia. Mały dzielnie pracuje wiosłem i wesoło pokrzykuje do mnie po hiszpańsku.

 

12-14.11 2013, Rio Tunia

Wreszcie rozpoczynamy naszą wyprawę. Rzeka ma dość szybki nurt, choć bywają też przestoje i wtedy trzeba mocniej pomachać wiosłem. Nie trzeba do tego zachęcać mojego partnera. Jaime wiosłuje z całych sił. Zwierząt jest zatrzęsienie. Na konarach drzew wygrzewają się żółwie pokryte żółtymi motylami, które – jak się później dowiedziałem – piją żółwie łzy zawierające sód, którego w zachodniej Amazonii jest bardzo mało. Są też kapibary, ptactwo wodne i iguany. Jedna z nich spłoszona przez nasz ponton bierze potężny rozbieg i skacze do rzeki. Wygląda jak latający smok, jej łuski mienią się w słońcu intensywną zielenią.

Płyniemy przez sawannę i co chwila natykamy się na ślady ludzkiej działalności. Znajdujemy blisko brzegu dwie wielkie rury zrobione z włókna szklanego. Mają średnicę trzech metrów i długość około dziesięciu metrów. Zastanawiamy się do czego mogły służyć. Jest też kilka małych łodzi motorowych zacumowanych przy brzegu. Jaime zatrzymuje się przy stercie butwiejących liści i zaczyna w nich grzebać rękami. Po chwili ma już wystarczająco dużo przynęty, aby zabrać się za łowienie ryb. Nie mija dziesięć minut i mamy wystarczająco dużo haco i piranii, żeby zjeść suty obiad. Ryby smażymy na oleju, do tego jest ryż i po piwie Poker na głowę.

grillowane piranie

grillowane piranie

Smakuje ci?– pyta Jaime.

Pycha– odpowiadam z ustami pełnymi mięsa piranii.

Takie uczty będziemy mieli codziennie. – zapewnia Indianin.

Tak, ale browary się skończą już jutro. Wykupiliśmy cały zapas sklepowy w San Jose de Caquetania. Całe dziesięć butelek. – śmieję się.

 

Następnego dnia rzeka nie zwalnia, prędkość nurtu miejscami dochodzi do 9 kilometrów na godzinę bez używania wioseł. Niebo jest zachmurzone, co chwilę pada. Suniemy jak duchy po rzece nie zatrzymując się ani na chwilę. Dopływamy do La Tunia – jedynej dużej osady nad rzeką Tunia.

W pobliżu jednego z gospodarstw zatrzymujemy się, żeby wypytać miejscowych o rzekę i sprawdzić czy jest możliwość kupienia farinii, czyli kaszki z manioku dla mojego towarzysza. Ja zostaję przy łodzi, a Jaime wraca po kwadransie z garścią limonek. Będą idealne do ryb.

Mają farinię?– pytam Indianina.

Nie mają. W ogóle nie chcieli za bardzo rozmawiać. To może oznaczać, że w pobliżu jest partyzantka. Musimy być czujni.– odpowiada Jaime.

Nie jesteśmy jednak specjalnie czujni, bo na widok kolejnego domostwa usytuowanego wysoko na wzgórzu postanawiamy wpaść z wizytą do mieszkającej tam rodziny. W obejściu zastajemy dwie kobiety, młodszą i starszą. Są bardzo nieufne. Zagadujemy i żartujemy z nimi kilka minut. Jaime pyta ich czy możemy usmażyć sobie złowione wcześniej ryby w ich kuchni i po długim namyśle dostaje zgodę.

Co wy tu uprawiacie? – pytam młodszej kobiety, a w zasadzie dziewczyny, która drapie się po dość tłustym jak na jej wiek brzuchu nie widząc w tym nic zdrożnego.

Nic. – odpowiada

A konie macie?

Tak, mamy. – nie jest zbyt rozmowna.

Za domem rozciąga się bezkresna sawanna, której zieleń jest miła dla oka. Gdzieniegdzie rosną drzewa, w pobliżu których pasa się konie. W oddali widać też stado krów. Gospodarz zapewne jest gdzieś w polu i dogląda przychówku. Słońce wyszło po deszczu i niemiłosiernie grzeje. Wchodzę do środka i siadam przy stoliku nad którym wiszą dwa karabiny. Po posiłku zapraszamy do naszego pontonu  dzieciaki, które w międzyczasie wróciły z pola do domu. Daję im cukierki i odpływamy.

Bezgłośnie wiosłujemy w strugach lejącego deszczu. Kiedy widzimy ślady działalności człowieka pytam Jaime szeptem:

Guerilla?

No, indígenas. – odpowiada i pokazuję drewnianą konstrukcję wystającą z rzeki. To indiańska pułapka na ryby.

W okolicach wioski Jaguara spotykamy na rzece rodzinę płynącą kawałek w górę rzeki w niewielkiej dłubance. Mężczyzna dotyka mojego pontonu.

Raz widziałem coś takiego w telewizji, ale nigdy na własne oczy. – mówi przejęty.

Za waszym gospodarstwem są jeszcze jakieś? – pytamy Andresa i Diany.

Tak, jest jeszcze jedno, później już bezludne Chiribiquete. – odpowiedział mężczyzna

A partyzanci?

Nie ma.

Dostają od nas konserwy i baterie w zamian dając nam farinię – kaszę z manioku. Jaime jest wniebowzięty. Udało mu się zdobyć przeszło 6 kg tego pożywienia. Starczy mu na 2 tygodnie wyprawy.

Kolację jemy już po zachodzi słońca w obozowisku na skarpie, w lesie deszczowym. Wypijam ostatnią butelkę piwa. Następne wypiję w Araracuarze w dniu Świętego Mikołaja. Przypominają mi się szerokie, piaszczyste łachy nad Rio Yari i żałuję, że nad Rio Tunia takich nie ma. Kilka metrów od naszego obozowiska dawno temu swoją bazę mieli rebelianci. Zostały po nich drewniane elementy konstrukcyjne i wielkie dziury w ziemi, chyba na sprzęt wojskowy lub amunicję.

 

15-16.11 2013, Rio Tunia

Wypływamy bez śniadania. O dziwo rzeka nabiera rozpędu i pokonujemy bez wiosłowania kilka przepięknych przełomów. Ta idylla nie trwa długo. Rio Tunia zwalnia, wpływamy w dzikie ostępy, to ostatni dzień na sawannie. Myślami jesteśmy w kanionie, który lada chwila ma się ukazać naszym oczom. Dopłynęliśmy do miejsca, gdzie rzeka utworzyła wielką wyspę kiedy Jaime krzyknął, ze widzi anakondę. Pod kilkumetrową skarpą leżały dwa wielkie drzewa. W korzeniach jednego z nich połyskuje w słońcu odcieniami złota wielkie cielsko węża. Rzeka znosi nas szybko i po chwili  trzeba  wiosłować pod prąd, żeby zobaczyć anakondę z bliska. Buro złoty gad nie zwraca na nas uwagi. Owinięty wokół korzenia śpi z otwartymi oczami. Dolna część pyska jest jaśniejsza, cętkowana, od oka – przez cały łeb – idzie złowieszcza pręga. Czarne plamy pokrywają górną część wężowego ciała, w dolnej  mniejsze czarne plamki przechodzą  w małe obwódki okalające złote okręgi. Przejęci robimy kilka zdjęć i odpływamy niesieni szybkim prądem rzeki.

Anakonda - największy wąż świata.

Anakonda – największy wąż świata.

Ta anakonda musiała dopiero co zjeść tapira, albo kapibarę. – Jaime jest wyraźnie pobudzony.

Jak dopłynęliśmy na odległość metra od węża to poczułem strach. – zdradzam Indianinowi.

Anakondy polują na ryby, kapibary a nawet tapiry. Czają się na zdobycz w wodzie lub jej pobliżu, po czym znienacka atakują. Przytrzymują pyskiem i owijają swoje sploty wokół ofiary. Duszą ją, a gdy zwierzę próbuje się wyrwać lub złapać oddech, wąż zaciska sploty jeszcze mocniej starając się wciągnąć zdobycz pod wodę. Po zabiciu połykają ją w całości, zaczynając od głowy. Po obfitym posiłku anakonda trwi i nie czuje głodu przez wiele tygodni, a bez szkody dla zdrowia może nie jeść kilka miesięcy.

Do Dos Rios pozostaje nam 75 kilometrów w linii prostej. Chwilę po wypłynięciu dostrzegamy tapira. Spłoszony płynie jakieś dwadzieścia metrów pod prąd po czym gramoli swój ciężki zadek na brzeg i po chwili znika w lesie. Wydry olbrzymie przestają być dla nas jakąkolwiek atrakcją. Pojawiają się z dużą częstotliwością, robią dużo hałasu parskając i prychając i równie szybko znikają, kiedy są już pewne że nie grozi im z naszej strony nic złego. Kajmany także teraz pojawiają się równie często jak rzeczne żółwie.

Pozostałości po obozowisku FARC

Pozostałości po obozowisku FARC

Koło południa dopływamy do kolejnego opuszczonego obozowiska FARC. To jest największe jakie w życiu widziałem. Cumujemy łódź i wchodzimy w głąb obozu. Do góry prowadzi drewniany pomost, przy którym leży opuszczona tratwa zrobiona z wielkich, pokrytych zielonym nalotem beczek  i z drewnianych desek powiązanych niebieskimi sznurkami. Z przodu i z tyłu tratwy umocowane są po dwie beczki, te, które znajdują się blisko brzegu przykryte są jakimś płótnem. Nieco wyżej leży przewrócona na bok drewniana łódź, mocno już zmurszała. Przy niej znajduję wiosło, które wrzucam do pontonu. Obóz jest rozległy. Oceniamy że jednorazowo mogło w nim przebywać nawet do stu rebeliantów. Znajdujemy tez obozową kuchnię z czterema paleniskami, obok jest prowizoryczny, zrobiony z beczek stół i przewrócona ławeczka. W połowie czarny, a w połowie srebrny garnek ma uchwyty zrobione z drutu, obok na stole leży puste pudełko po papierosach marki „Mustang”.

Czy boję się porwania przez lewicowych rebeliantów? Raczej nie, ale historia uczy, że wszędzie można natknąć się na bandytów, którzy nie ze względów ideologicznych, ale z chęci zysku gotowi są nawet zabić drugiego człowieka.

Kolumbijskie ugrupowania rebelianckie często dopuszczały się porwań dla okupu. Porwania dotykały m.in. prominentnych kolumbijskich polityków. Najbardziej znanym przypadkiem było uprowadzenie Ingrid Betancourt–kandydatki na stanowisko prezydenta Kolumbii podczas przedwyborczej kampanii w 2002 roku.  Ingrid została uwolniona 2 lipca 2008 w wyniku operacji przeprowadzonej przez kolumbijski wywiad i wojsko. Została przechwycona podstępem wraz z trzema porwanymi amerykańskimi prywatnymi doradcami wojskowymi i jedenastoma jeńcami. Wywiad kolumbijski udawał w trakcie operacji odbijania Betancourt przedstawicieli Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, za co później musiał przepraszać sam kolumbijski prezydent.

Od 2008 roku liczba zakładników przetrzymywanych przez FARC zaczyna  się zmniejszać. Na początku 2008 roku FARC oddaje w ręce władz Wenezueli dwójkę prominentnych zakładników przetrzymywanych od 2002 roku: byłą kandydatkę na wiceprezydent Clarę Rojas i byłą kongresmenkę Consuelo Gonzalez. Jakiś czas później władzom wenezuelskim przekazano czterech kolumbijskich parlamentarzystów, przetrzymywanych przez 6 lat. W ciągu jednego tygodnia w lutym 2009 roku FARC dokonuje 3 aktów zwolnienia znanych zakładników, w tym byłego gubernatora Alana Jary. 30 marca 2010 roku za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża wolność odzyskuje sierżant Pablo Emilio Moncayo, uprowadzony jeszcze w grudniu 1997 roku, jeden z najdłużej przetrzymywanych zakładników FARC. Natomiast 13 czerwca wojska kolumbijskie uwalniają w regionie Guaviare generała Luisa Mendietę, najwyższego rangą zakładnika FARC, oraz 2 innych żołnierzy – całą trójkę uprowadzono w 1998 roku.

Nie wszyscy porwani jednak mieli tyle szczęścia. W maju 2003 roku  były minister obrony i gubernator giną podczas próby ich odbicia przez kolumbijskie wojsko;

27.11.2011 Maciej Stasiński – ekspert Gazety Wyborczej do spraw Ameryki Łacińskiej donosi: „…Lewicowi terroryści zabili sierżanta Libio José Martineza i troje innych wojskowych, gdy oddział komandosów wytropił obozowisko partyzantów nad rzeką Yari, na granicy amazońskich departamentów Putumayo i CaquetaWycofywali się w popłochu, a zakładnicy mogli opóźnić ich ucieczkę lub wpaść w ręce wojska…”

Co prawda rzecz cała działa się z dala od spokojnych brzegów rzeki Yari, ale historia Martineza i tak wstrząsnęła Kolumbią.Żołnierze znaleźli ofiary z łańcuchami na szyjach, którymi na co dzień więźniowie byli przykuwani do drzew lub pali. Trzech zginęło od strzałów w głowę, jeden – w plecy. Piąty zakładnik zbiegł i schował się w gąszczu. Libio José Martineza partyzanci porwali w grudniu 1997 roku wraz z 18 kolegami podczas ataku na bazę wojskową. Był najdłużej przetrzymywanym więźniem FARC. Jego syn  urodził się, gdy ojciec był już w niewoli – stał się żywym symbolem nadziei, że kiedyś domowa wojna się skończy, a rodzina znów będzie razem. Wielokrotnie prosił FARC o litość i uwolnienie ojca. Bez skutku.

17-18.11 2013, kanion na rzece Tunia

Szóstego dnia wyprawy wpływamy do kanionu, którego pokonanie zajmuje nam dwa dni. Rozbijamy obóz na początku kanionu. Nie wiemy czy da się go pokonać wiosłując, więc decydujemy się na rekonesans. Pokonujemy trzy kilometry górą kanionu wyrąbując sobie ścieżkę maczetami. Jest jedno trudne bystrze, ale da się je spłynąć. Wracamy i pakujemy ekwipunek do łodzi.

Po spłynięciu połowy długości kanionu okazuje się, że po pierwsze drogę zagradza nam olbrzymi głaz, za którym tworzy się niebezpieczne bystrze wwIV+, a poza tym zdajemy sobię sprawę, że podczas ładowania w pośpiechu ekwipunku do łodzi zapominamy zapakować tego co najważniejsze – wszystkich trzech maczet. Jak teraz po nie wrócić? Pod prąd nie damy rady. Ściany kanionu w tym miejscu są prostopadłe i mogą mieć nawet trzydzieści metrów wysokości.

Jutro rano po nie wrócę! – zapewnia Jaime. –Inaczej nigdy nie dostaniemy się lasem deszczowym nad Rio San Jorge.

Ale jak? – pytam wskazując na wysokie ściany kanionu.

Indianin tylko się uśmiecha.

Całą noc leje. Nie może być gorzej. Jeśli przyjdzie powódź błyskawiczna to już po nas. Co chwila w nocy sprawdzam czy poziom wody się nie podnosi. Budzę się wykończony i widzę, że Jaime ze sznurka na bieliznę zrobił sobie uprząż alpinistyczną. Przerzuca go nad korzeniem rosnącym trzy metry nad naszymi głowami i każe mi mocno trzymać. Po chwili łapie się korzenia, zwija swoją uprząż i znika w gęstwinie roślinności.

Chcąc zrobić coś użytecznego podczas nieobecności towarzysza zabieram się za klejenie oderwanego uchwytu od pontonu. Najpierw trzeba wylać z łodzi wodę. Używam do tego swojego gumiaka, ale brak mi cierpliwości. Wybieram wariant siłowy i unoszę do góry łódź wypełnioną wodą. Gumiak wpada do rzeki i ginie w odmętach Rio Tunia. Bez gumiaka będę narażony na ukąszenia węży podczas przejścia na Rio San Jorge. Wściekły siadam na skale i biorę się za klejenie uchwytu. Nie idzie mi. Zostaję dwa razy ukąszony przez pszczoły. Zostawiam uchwyt i przenoszę ekwipunek bliżej niebezpiecznego bystrza. Ślizgam się na skałach, upadam i omal nie łamię nogi. Czuję się jak największa na świecie łamaga. Na szczęście wraca Jaime z maczetami.

Niebezpieczne bystrze częściowo obnosimy, a łatwiejszy odcinek spływamy z prawej strony tuż przy skałach. Po pokonaniu kanionu i  trzech dniach bardzo szybkiego płynięcia  docieramy do Dos Rios. W czasach baronów narkotykowych była tu osada i lotnisko. Teraz nie ma tu nikogo. Tylko groźne wody Rio Ajaju łączą się z Rio Tunia tworząc Rio Apaporis. Po przepłynięciu dwóch  progów ww IV zakładamy obóz nad Apaporis z zamiarem zmiany dorzecza, co wymaga przejścia 20km odcinka przez las z całym ekwipunkiem.

 

23-28.11.2013, przejście przez las deszczowy z Rio Apaporis na Rio San Jorge

W południe  23 listopada dopływamy do miejsca, w którym GPS wskazuje 13 kilometrów w linii prostej do odcinka źródłowego Rio San Jorge. To może być około 20 kilometrów przez las deszczowy. Liczę, że za trzy dni rozpoczniemy eksplorację tego nieznanego obszaru.

Rzeczywistość jest zgoła odmienna. Przeniesienie sprzętu nad Rio San Jorge zajmuje nam prawie tydzień.

Najpierw pójdziemy z częścią ekwipunku na lekko. – mówię do Jaime. Boję się, że w odcinku źródłowym rzeka może być niespławna. Dlatego potrzebny jest rekonesans.

Najpierw wyciągnijmy łódź na brzeg i spuśćmy z niej powietrze. – odpowiada mój przewodnik.

On teraz przejmuje dowodzenie. Jest ekspertem jeśli chodzi o las deszczowy. Zna wszystkie jego tajemnice. Muszę go teraz słuchać i uczyć się. Bez niego nie mam szans.

Po posiłku około godziny czternastej ruszamy na południe, aby wyczyścić sobie drogę maczetami i znaleźć górną Rio San Jorge, która w tym miejscu jest ledwie widoczna na mapach satelitarnych. Pokonujemy strumienie, które płyną w pięciometrowych zapadliskach. Trzeba zejść na dno trzymając się korzeni, wejść po kolana a czasem po pas do wody, a później wygramolić się z tego dołka. I tak kilkanaście razy. Po przejściu kilku kilometrów decydujemy się na założenie obozu nad strumieniem pośrodku lasu deszczowego. W nocy zewsząd słychać przeróżne odgłosy. Nad ranem Jaime relacjonuje:

W okolicy jest dużo kapibar, ale słyszałem też jaguara.

Chyba nie ma powodu do obaw? – pytam Indianina.

Kapibary są bardzo wredne, w lesie mogą zaatakować człowieka.- twierdzi Jaime.

Ruszamy w dalszą drogę. Ostatni kilometr jest najgorszy. Prowadzi przez bagna i starorzecza, brodzimy po kolana w błocie. Opadam całkowicie z sił. Czego się nie chwycę to kłuje. Jaime idzie przodem i pracuje zaciekle maczetą. Ja swoją schowałem już dawno do pochwy. Ledwie trzymam się na nogach. Co chwila potykam się o liany. W pewnej chwili wpadam na ścięty przez mojego kompana pieniek, który wbija mi się w podbrzusze. Boli jak wszyscy diabli! Wreszcie dochodzimy do miejsca, które na podstawie Google Earth miało być początkiem naszego spływu. Dookoła kilka oczek wodnych o ciemnym zabarwieniu. To stojąca woda.

Lagunas. – mówi Jaime.

Nie ma Rio San Jorge.– jestem załamany.

No hay.– powtarza Jaime jak echo.

Słaniam się na nogach. – Gdzie jest ta cholerna rzeka? Pytam sam siebie w myślach. Co będzie jak wcale jej nie znajdziemy? Albo jeśli znajdziemy jakiś dopływ Rio Apaporis niezaznaczony na mapach satelitarnych? Zresztą w tym miejscu na Google Earth Rio San Jorge jest ledwie widoczna..

Zaczyna lać jak z cebra, więc rozbijamy po ciemku obóz nie bacząc na bliskość ogromnego mrowiska. Nazajutrz Jaime wyrusza na rekonesans. Po godzinie wraca z uśmiechem na ustach:

Mam ją! znalazłem Rio San Jorge! – krzyczy z daleka.

Maciej Tarasin

Jestem wykończony…

Nie mam nawet siły się cieszyć. Jaime prowadzi mnie nad rzekę o czarnym kolorze oddaloną o 600 metrów w linii prostej od naszego obozu. Zastanawiam się czy to na pewno Rio San Jorge. Rzeka ma niecałe dziesięć metrów szerokości. Kilkanaście metrów dalej wcale jej nie widać, bo jej bieg zasłaniają zwalone, leżące w poprzek drzewa. Prześwit między koronami drzew jest niewielki, ale to jedyny ciek wodny w okolicy, który potencjalnie mógłby być widoczny z kosmosu po dużym przybliżeniu. Zakładamy obóz nad San Jorge i odpoczywamy cały dzień.

Nazajutrz wyruszamy z powrotem nad Rio Apaporis po ciężki sprzęt. Zabiera nam to cały dzień. Wracając staramy się trzymać wytyczonej wcześniej ścieżki i poszerzyć korytarz przejścia maczetami.

Wieczorem już nad Rio Apaporis jemy smażone banany pastewne z rybami z puszki. Konserwę przywiozłem z Polski. To ostatnia puszka. Zawsze na koniec zostawiam to co najgorsze. Indianin ma inne zdanie, twierdzi, że byczki z Polski smakiem nie ustępują rybom z Rio Tunia.

Nad ranem Jaime łapie kilka ryb i posilamy się przed najtrudniejszym etapem naszej wyprawy. Zwijamy ponton i pakujemy go do worka transportowego. Musimy pociąć liny, żeby Jaime mógł zrobić lepsze mocowania. Wreszcie jest gotowy. Gdyby nie specjalna lina, która oplata mu głowę opierając część ciężaru pontonu na mięśniach szyi Indianina daleko byśmy nie zaszli.  Reszta rzeczy w tym wiosła, kamizelki, namiot i jedzenie ląduje w czarnym, nieprzemakalnym worze, który pożyczył mi Tomek Jakubiec – kajakarz i podróżnik z Krakowa. Wreszcie około czternastej ruszamy w celu dotarcia do obozowiska pośrodku lasu, w którym spaliśmy kilka dni wcześniej. Zostajemy tam na noc.

Na śniadanie liofilizaty. Ale niedobre! Ładuję 40kg ponton na plecy Indianina i sam zarzucam na plecy wielki wór z 25 kg sprzętu. Rozpoczyna się katorżnicze przejście przez las deszczowy. Nie wierzę własnym oczom kiedy widzę jak Jaime pokonuje wykroty głębokie na pięć metrów przechodząc w pełnym obciążeniu po spróchniałym pniu drzewa na druga stronę rzeczki. Pień jest porośnięty śliskim mchem i wydaje ciche stęknięcia starości. Jeśli Jaime spadnie w dół sam nie poniosę pontonu.

Na postojach ja zwykle leżę na  worze ciężko oddychając, a Indianin chodzi po lesie i szuka pożywienia.

Patrz znalazłem kokosy! – cieszy się i  podaje mi kilka orzechów.

Nie mam już siły. – mówię do niego, a woda z rozciętego maczetą orzecha leje mi się po brodzie. -Ja odpocznę, a Ty poszukaj bananów.-

A może chcesz zgrzewkę browarów? – dokucza mi Jaime.

Nad San Jorge docieramy kiedy robi się już ciemno. Jestem wykończony. Musze się wymyć. To że w zaroślach miota się dość duży kajman jest w tej chwili drugorzędną sprawą. Biorę mydło od Indianina, bo nie umiem w ciemnościach ogarnąć swoich rzeczy. Wskakuję do czarnej jak heban rzeki i czuję chwilową ulgę. Wracam do namiotu, kładę się i przykrywam kocem. I wtedy dzieje się coś dziwnego. Całe ciało zaczyna mnie swędzieć. Drapię się jak szaleniec. Mam dreszcze i zaczynam się trząść. Oddech mi przyspiesza, nie wiem co się ze mną dzieję. Myślę, że mam uczulenie na kolumbijskie mydło, którego przed chwilą użyłem. Ale to chyba nie mydło. Zwyczajnie sięgnąłem kresu swoich fizycznych możliwości. Tego dnia GPS wskazuje najmniejszą w linii prostej odległość od słynnych malowideł indiańskich, około piętnaście kilometrów w linii prostej. Jestem wycieńczony, odnawia mi się kontuzja paznokcia dużego palca u stopy, której doznałem dwa lata wcześniej nad Yari. Nigdy nie czułem się tak sponiewierany. Rezygnuję z wizyty w „Kaplicy Sykstynskiej Amazonii”.

Las deszczowy daje mi kolejną lekcję pokory.

 

29.11. 2013, Rio San Jorge

Następnego dnia zaczynamy spływanie dziewiczą Rio San Jorge. Nie jest to jednak spływ, ale wielogodzinne wyrąbywanie sobie drogi przez rzekę pośród zwalonych drzew i gałęzi. Rio San Jorge ma początkowo dziesięć metrów szerokości. Jaime płynąc z przodu częściej używa maczety niż wiosła. Dopływamy do miejsca gdzie aż sześć zwalonych drzew zagradza nam drogę. Nie przebijemy się maczetami, musimy cały sprzęt obnieść brzegiem.  Na brzegu jest mnóstwo gałęzi, które Indianin usuwa umiejętnie maczetą. Nagle klnie szpetnie. Z jego kolana szeroką strugą płynie krew.

Co się stało? – pytam go.

Uderzyłem ostrzem w kolano, masz jakieś opatrunki? – Jaime krzywi w bólu twarz.

Zaraz coś znajdę. – otwieram pakunki i wyjmuję bandaże.

Po chwili prowizoryczny opatrunek jest już na jego kolanie.

Rio San Jorge

Rio San Jorge

Dopiero kolejnego dnia rozszerza się na tyle, że możemy przed sobą zobaczyć otwartą przestrzeń rzeki. Ostatniego dnia listopada dopływamy do pierwszych wodospadów.

Na mapach satelitarnych wygląda to jak zwykłe bystrze. W rzeczywistości to około piętnastometrowy spad wody pośród potężnych ścian skalnych i zalegających poniżej głazów. Niewykluczone, że jestem pierwszym, lub jednym z pierwszych białych, który dotarł do tego miejsca.

Linujemy ponton na pierwszym wodospadzie, a to co się da spływamy na wiosłach. Kolejne katarakty przechodzimy bez problemu, stan wody jest niski, w związku z czym trudności techniczne są niewielkie.

Wodospady na Rio San Jorge

Wodospady na Rio San Jorge

Rio San Jorge jest wyjątkowo piękna. Obfituje w liczne progi skalne, z których można zsuwać się nie wychodząc z pontonu. Płynie w niskim kanionie, w skalnym korycie  pośród lasu deszczowego, którego zieleń odbijała się w czarnych wodach rzeki nadając jej w słonecznych promieniach szmaragdowy kolor. Co chwila mamy widok, to z jednej to z drugiej na strony, na majestatyczne tepui nazywane przez Indian „domami bogów”.

charakterystyczne tepui

charakterystyczne tepui

Po wpłynięciu na siostrzaną Rio Cunare czeka nas niespodzianka. Wyjątkowo niski stan wody sprawia, że znajdujemy zatopioną w rzece awionetkę. Nurkuję kilka razy do jej wnętrza, żeby sprawdzić czy w środku coś jest. Niestety jest pusta. Wieczorem znajdujemy wielką, piaszczystą łachę na której rozbijamy obozowisko. Aby Jaime mógł rozwiesić swój hamak ścinamy dwa dość spre drzewa, z pieńków robimy paliki i wbijamy je w piasek aby rusztowanie nie zawaliło się podczas snu. To zajęcie dość monotonne, a po chwili okazuje się, że łacha opanowana jest przez agresywne mrówki, które przypuszczają na nas atak. Nie pomaga grzanie się w najbliższej odległości od ognia. Te mrówki są żaroodporne…

 

2.12.2013, Rio Cunare

Po deszczowej nocy spędzonej na piaszczystej łasze dopływamy do miejsca o nazwie Raudal El Tubo. Tam spotykamy wyprawę holenderską, która działa nad Rio Cunare i z którą wcześniej uzgodniliśmy spotkanie i transport powrotny do Araracuary.

El Tubo na rzece Cunare

El Tubo na rzece Cunare

Na  El Tubo spotyka nas najbardziej niebezpieczna przygoda w trakcie całej wyprawy. Indianin Jaime decyduje spróbować swoich sił na ostatnim bystrzu naszej wyprawy. Wraz z jednym z Holendrów, po wypakowaniu sprzętu z pontonu, wpływa w odwój, który zatrzymuje łódź z tak wielką siłą, że Jaime wpada w sam środek mielącej się wody. Przez pół minuty nie widać go, po czym – na szczęście -odnajduje się kilkanaście metrów w dole rzeki. Holendrom towarzyszą dwaj mieszkańcy Araracuary. Jednemu z nich, Indianinowi Camilo, udaje się upolować dwie ryby sabalo z brzegu za pomocą maczety. Wszyscy są pod wielkim wrażeniem jego umiejętności. On uśmiecha się skromnie. Po chwili skwierczą już na ogniu.

Bałem się, że on utonie. – mówię do jednego z Holendrów o przygodzie jaką miał Jaime.

Nie miał prawa. – odpowiada Holender. Jaime jako owoc miłości białego i Indianki został jako niemowlę wrzucony do rzeki. Uratowała go babcia, a jego współplemieńcy orzekli, że skoro tak się stało, to chłopiec na pewno nie umrze w rzece.

Loty badawcze nad Parkiem Chiribiquete potwierdzają obecność nieskontaktowanych plemion indiańskich na tych terenach. Antropolog Roberto Franco, autor książki „Cariba Malo” , w której opisuje swoje badania nad plemionami unikającymi kontaktu z naszą cywilizacją, przypuszcza, że te żyjące w naturalnej izolacji Parku Chiribiquete mogą być potomkami Karijonas – autorów unikatowych malowideł sprzed tysięcy lat. W kwietniu 2012 roku w następstwie lotów rozpoznawczych na granicy brazylijsko–kolumbijskiej zostały opublikowane zdjęcia osad Isolados. Fotografie przedstawiają  pięć długich domów lub malok prawdopodobnie należących do dwóch różnych grup tubylczych: Yuri lub Crabayo i Passe. To potwierdza obecność  takich grup żyjących w dziewiczych lasach deszczowych w obrębie dorzecza rzeki Caqueta i Putumayo.

W grudniu 2011 roku Prezydent Santos podpisał dekret numer 4633, na mocy którego  Kolumbia gwarantuje prawo grup nieskontaktowanych lub społeczności tubylczych żyjących w dobrowolnej izolacji do pozostawania w takim stanie i życia w zgodzie z tradycjami ich przodków. Jako podmioty specjalnej ochrony nie mogą być usuwani ze swoich terytoriów i nie mogą być przedmiotem polityki, programów czy działań prywatnych lub publicznych promujących kontakt z nimi lub jakąkolwiek ingerencje w ich status.

Ta ochrona jest niezbędna, ponieważ Isolados  nie mają odporności na choroby świata cywilizowanego, które mogą je zdziesiątkować. Więcej niż połowa członków plemienia Nukak Maku żyjącego w departamencie Guaviare zmarła od epidemii spowodowanej pierwszym kontaktem z przedstawicielami cywilizacji w 2003 roku.  Tubylcy żyjący w dobrowolnej izolacji są też narażeni na agresję ze strony tych, którzy trudnią się nielegalnym wyrębem lasów czy poszukiwaczy złoty nie wspominając o kryjących się na tych terenach uzbrojonych po zęby rebeliantach.

 

6.12 2013, Rio Mesai

Siedzimy  przy ognisku z Kolumbijczykami: Camilo, Jaime i Henrym nad brzegiem Rio Mesay przy butelczynie Buchanana i rozmawiamy o tym czy w dziczy Chiribiquete rzeczywiście żyją plemiona nieskontaktowane z cywilizacją.

Wiesz, że oni są kanibalami? – spytał mnie Henry.
Przysłuchujący się tej rozmowie Jaime roześmiał się: – Ja słyszałem, że są weganami.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem.

Henry ciągnął swoją historię: –Jakiś czas temu obozowałem nad jednym z przełomów nad rzeką Mesai. Zapadał zmierzch kiedy zauważyłem w dali Indianina płynącego w kanu.
A ile butelek Buchanana wcześniej wypiłeś? – spytałem Henriego.
Ryk naszego śmiechu długo niósł się nad rzeką…

To był mój wieczorek kapitański, ostatnia noc wyprawy, która zaczęła się 12.11 w San Jose de Caquetania, a skończyła 7.12 w Araracuarze.

ostatnie obozowisko nad Rio Mesai

ostatnie obozowisko nad Rio Mesai

 

Złoto Araracuary

Nazajutrz płyniemy w górę rzeki Yari, żeby zobaczyć kanion Gamitana. To właśnie tam zbliżałem się powoli w listopadzie 2011 roku, kiedy to z pomocą nadleciały helikoptery kolumbijskich sił powietrznych. Jestem ciekaw trudności technicznych w tym kanionie.

Chowamy się pod sztormiakami i płachtami przed deszczem, dziób motorówki przecina wody rzeki Yari. Widoczność jest ograniczona. Holendrzy znikają w czeluściach kanionu taszcząc ze sobą sprzęt fotograficzny. Ja chcę zmierzyć się z fragmentem Gamitany wiosłując. Wyciągam ponton, i pompuje go. Asystuje mi Jaime. Potem idąc wzdłuż brzegu w górę kanionu jakieś trzysta metrów pytam wracającego z sesji fotograficznej Thomasa, czy chce pokonać ostatnie bystrze Gamitany wspólnie ze mną. Holender zgadza się i przepływamy końcowy fragment kanionu z lewej strony. Trochę nas kołysze na potężnych falach, po chwili jesteśmy już na spokojniejszej wodzie. Erik jak zwykle zajmuje się łowieniem ryb, Jaime odpoczywa leżąc na skałach. Niebo się rozjaśnia i przestaje padać. Wracamy. Za kilka godzin dobijemy do portu w Araracuarze. W drodze powrotnej, godzinę drogi motorówką od kanionu Gamitana, zauważam kilka, może kilkanaście indiańskich domków na lewym brzegu rzeki. Teraz, gdy nie pada, są dobrze widoczne z perspektywy rzeki.

Tu mieszkają ludzie? – pytam sterującego motorówka Camilo.

Tak – śmieje się Indianin, ta wioska jest tu już od czterech lat.

Jakby piorun we mnie uderzył. To oznacza, że dwa lata temu nie miałem przed sobą sześciu dni płynięcia, ale najwyżej trzy. Z całą pewnością dotarłbym do tej wioski. W tej chwili nie ma to najmniejszego znaczenia. Docieramy do Rio Caqueta. Rzeka ma barwę kawy z mlekiem, brzegi są zaludnione. Inny świat. Na horyzoncie pojawiają się barki poszukiwaczy złota. Mam wrażenie, że jestem na planie filmu Mad Max.

W kolumbijskiej dżungli pracują rzesze nielegalnych poszukiwaczy złota. Złoto ma nad kokainą przewagę: jest towarem legalnym, łatwiej je sprzedać. „The New York Times” napisał, że to „gorączka złota, jakiej w Ameryce Południowej jeszcze nie było” – a mowa o kraju, w którym hiszpańscy konkwistadorzy poszukiwali mitycznego El Dorado.

Kolumbia przoduje w Ameryce Łacińskiej pod względem ilości nielegalnie wydobywanego złota. Częściowo to efekt  skutecznej walki z handlarzami narkotyków. Akcje niszczenia plantacji koki przynoszą rezultaty, dlatego mafia i walczący z rządem rebelianci coraz częściej zabierają się do wydobywania złota. Lokalne społeczności – chłopi, autochtoniczne ludy indiańskie – protestują przeciwko niszczeniu środowiska, lecz nie zawsze względy ekologiczne to główna przyczyna sprzeciwu. Sami autochtoni chcieliby coś z tego biznesu mieć. Dlatego atakują władze za lekceważenie interesów własnych obywateli. Żądają konsultowania projektów wydobywczych z lokalnymi społecznościami, przekazywania części dochodów na ich rzecz i inwestycje lokalne.

Kiedy Silvio Rojas mieszkający w Araracuarze widzi, że mam założony T shirt z logo szkoły oficerskiej sił powietrznych, który dostałem od żołnierzy kolumbijskiej armii ostrzega mnie:

Lepiej nie płyń w tej koszulce na drugą stronę rzeki.

Dlaczego? – zapytałem.

Bo to może być niebezpieczne. – mówiRojas. –Chodź pokażę Ci coś.

Wchodzimy do niewielkiej chłodni mieszczącej się w magazynie jakieś dwadzieścia metrów od brzegu rzeki Caqueta. W chłodni wiszą ryby, pacu i sabalos, ale również potężne okazy dochodzące do dwóch metrów długości nie znane mi z nazwy. Zimno jak cholera, nie wytrzymujemy długo w środku.

Gapimy się na błotniste, zaśmiecone nabrzeże. Niemal pośrodku miejsca, w którym walają się śmieci można dostrzec petroglify z czasów prekolumbijskich. Silvio jest potężnie zbudowanym, wysokim mężczyzną. Budzi respekt. Wskazując palcem na drugi brzeg rzeki, na jeszcze bardziej zanieczyszczone puszkami po piwie i głośne Puerto Santander marszczy brwi i mówi:

Poszukiwacze złota zatruwają środowisko: rocznie dziesiątki ton rtęci, której używa się do wydobywania złota, pozostają w ziemi, rzekach i strumieniach. Coraz więcej rtęci jest w rzece Caqueta. Jak tak dalej pójdzie nasze łowiska zaczną zanikać. Do tego dochodzą morderstwa, kradzieże i prostytucja. Złoto wyzwala w ludziach chciwość.

Prześlij dalej:

About Maciej Tarasin

Poszukiwacz przygód i kajakarz. Wielbiciel Kolumbii i Boliwii. Moczył wiosła w brazylijskiej części Pantanalu, boliwijską Rio Tuichi spłynął tratwą własnej konstrukcji. W czwartkowe wieczory przenosi się do Ameryki Południowej słuchając kolumbijskich rytmów i sącząc whisky w pewnym żorskim pubie. Prowadzi stronę Green Hell.

W sieci:

Na Facebooku Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Jedna reakcja na "Chiribiquete 2013, czyli w poszukiwaniu dziewiczych rzek"

  1. suasica  25/03/2014 o 12:31

    Hej, tekst się chyba urywa, czytam z wypiekami na twarzy a tu nie wiadomo co dalej!!!

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.