Lanín – wulkan dziewicą uśpiony

Lanín - jedna ze świętych gór Indian Mapuche. Wejście na ten, położony na granicy Argentyny i Chile, sięgający 3776 m n.p.m. wulkan, relacjonuje Andrzej Ziarko.

W okolicach Bariloche lasy tworzą głównie drzewa araukarii i lengi (Nothofagus pumilio)

wulkan Lanín (3776 m n.p.m.)

siedziba strażników parkowych w Tromen

puchacz

puchacz

puchacz

w tle znajdujący się w Chile wulcan Villarica (2847 m n.p.m.)

betonowy, utrzymywany przez argentyńskie wojsko, schron na zboczach wulkanu Lanin

wnętrze schronu (fot: Mariano Buenaventura)

drewniany schron na stokach wulkanu Lanin

w drodze na szczyt wulkanu Lanin

Andrzej Ziarko na szczycie wulkanu Lanin (fot: Mariano Buenaventura)

widok na Lanín z Tromen

widok na Lanín z Tromen

podejście pod wulkan

podejście pod wulkan

podejście pod wulkan

grań "rybia ość"

już na zboczach wulkanicznego stożka

już na zboczach wulkanicznego stożka

już na zboczach wulkanicznego stożka

widok na stary, zniszczony schron

schron RIM 26

powyżej schronu w tle wulkan Choshuenco

zachód słońca obserwowany ze schronu RIM 26

zachód słońca obserwowany ze schronu RIM 26

szczeliny na krótkim lodowcu Lanin, w tle Choshuenco

schron RIM 26

Sebastian Pubill - członek naszej trzyosobowej ekipy

Sebastian Pubill i Mariano Buenaventura

panorama argentyńskiej strony wulkanu Lanin

podejście, w tle wulkan Villarica

widok na chilijską stronę wulkanu Lanin,

w tle laguna Quillelhue

wysmagany patagońskimi wiatrami śnieg w partii szczytowej Lanin

Sebastian niopodal schronu RIM26, w tle laguna Quillelhue

Andrzej Ziarko na wulkanie Lanin

krótka bariera skalno-serakowa pod szczytem Lanin

zachód słońca obserwowany ze schronu RIM 26


Połowa maja, czyli głęboka patgońska jesień. O czwartej rano wyjeżdżamy z Mariano na dwudniowa wycieczkę. Celem jest blisko czterotysięczny wulkan Lanín. Pogoda raczej kiepska, ale według prognoz ma się na krótko poprawić.

Nothofagus pumilio

W okolicach Bariloche lasy tworzą głównie drzewa araukarii i lengi (Nothofagus pumilio)

Startujemy z San Carlos de Bariloche. Nasza droga wije się spokojnie doliną rzeki Limay. Zerowy ruch, mżawka i kiepska widoczność. Za oknami Andy tonące w złotopurpurowych kolorach liści lengi, lokalnej odmiany buka. Pijemy mate i gadamy o tysiącach spraw, gdy do auta wdziera się nagle fetor rozjechanego skunksa. Skunksy giną na drogach podobnie jak nasze jeże. Ufne w swój śmierdzący oręż, jak jeż w swoje kolce, nie uciekają przed nadjeżdżającym pojazdem, tylko próbują go wystraszyć gotowością ataku. W końcu wyjeżdżamy z doliny w rejon rozległych stepów andyjskiego pogórza: półpustynne połacie ziemi, żółte, suche, rzadkie trawy i pustynne krzewy. O świcie, tuż przed wschodem słońca, przerywamy rozmowę, zwalniamy i wpatrujemy się z uwagą przed siebie, wjechaliśmy bowiem w rejon bogaty w stada jeleni. Po chwili zauważam stojącego na poboczu dużego byka z pięknym wieńcem poroża.  Przed zjazdem na ostatnie 40km szutrowej drogi mijamy jeszcze kilkakrotnie całkiem spore chmary jeleni, a raz, w ostatnim momencie hamujemy przed przebiegającą watahą dorodnych dzików. Jelenie i dziki, podobnie jak lisy i zające, zostały sprowadzone z Europy w ubiegłym stuleciu, świetnie się zaadoptowały, wypierając w dużej mierze tutejsze jeleniowate – huemul i pudu pudu. Lis europejski zwany tu zorro colorado, znacznie większy od miejscowego zorro stał się zresztą prawdziwą udręką lokalnych hodowców owiec. Jedyne auto jakie spotykamy na całej trasie, to żandarmeria poszukująca kłusowników. Nas też zatrzymali, sprawdzili bagażnik i życząc miłego dnia pożegnali. Znowu zbliżamy się do łańcucha Andów, zmienia się krajobraz. Wjeżdżamy w rzadki las araukarii i znajdujemy się już w założonym w 1937 r. Parku Narodowym Lanín.  Zrobiło się szaro-widno i oczom naszym ukazał się cel naszej podróży w pełni swego majestatu – ogromny, biały śniegiem i lodowcami, od stuleci nieczynny wulkan.  Oświetlony czerwonym, wstającym słońcem, góruje nad złoto-miedzianym, miejscami aż do purpury kolorowym lasem.

wulkan Lanin

wulkan Lanín (3776 m n.p.m.)

Zatrzymujemy się w miejscowości Tromen. Właściwie trudno to nazwać miejscowością – kilka zabudowań parkowych i żandarmeria. Jest 8 rano, -10°C, cisza, wszyscy śpią. Musimy zgłosić wyjście i pokazać, że jesteśmy do niego przygotowani.

Tromen

siedziba strażników parkowych na przełęczy Tromen

Czekamy jeszcze na Sebastiana, to trzeci uczestnik wycieczki, który sam dojeżdża z odległego o ok. 80km Junín de los Andes. Po chwili, już w trójkę, stukamy do leśniczówki i z trudem dobudzamy strażniczkę parku. Zaspana, ale uśmiechnięta wita się z nami, wpisuje dane do zeszytu i proponuje mate. Pyta, oczywiście, czy mamy radio, czekany, raki, kaski i wszystko co konieczne do już prawie zimowej wspinaczki. Takie są wymagania Parku. Na dole wiatr, w porywach około 15-20 m/s, oznacza, że górą, na szczycie, może wiać huraganowo. Ustalamy, ze dzisiaj idziemy tylko do schronu na 2350 m n.p.m i tam, rano, zobaczymy na ile pogoda „puści”. Patrzę na wulkaniczny masyw i w myślach określam drogę podejścia. Na Lanín był już raz Sebastian, ale dosyć dawno i tylko do schronu. Potem wiatr i mgła zmusiły go do rezygnacji.

puchacz w Andach

puchacz

Od dołu wygląda jak podejście na wielką „Gubałówkę’, choć w partii szczytowej, nieco, przynajmniej stąd patrząc, sprawa się komplikuje. Przewalające się chmury i pióropusze poderwanego śniegu na grani nie wróżą dobrej pogody na jutrzejszy dzień, ale jak to w górach, może będzie ładnie, a może i nie. Przepakowaliśmy plecaki i kierujemy się wygodną ścieżką przez kolorowy las. Zauważam jakiś ruch w przerzedzonych z liści koronach drzew. Zatrzymuję chłopaków i powoli, ostrożnie, kryjąc się za pniami podchodzę pod stare drzewo coihue. 5-6 metrów nade mną siedzi duży puchacz. Siedzi i patrzy swoimi wielkimi, żółtymi oczami. Piękny ptak zrywa się po chwili i  odlatuje w leśny gąszcz. Wspaniałe spotkanie, wszak to naprawdę rzadkość.

W Polsce tylko raz go spotkałem. Byliśmy wtedy nocą na wyprawie poszukiwawczej w rejonie Kasprowego Wierchu. To był ten czas, kiedy wybuchł Czernobyl. Szliśmy z Romkiem Szadkowskim trawersem Cichej, środek nocy, księżyc za ciężkimi chmurami, więc ciemno choć oko wykol, gdy w pewnym momencie usłyszeliśmy dźwięk jakby stukających o siebie potrąconych kamieni. –No chyba mamy panią– stwierdził Romek. Rozdarliśmy się w celu nawiązania kontaktu i…  cisza. Powiodłem światłem czołówki po grani i nagle, na górze, na czubku Kasprowego zapaliły się dwie, obok siebie, jakby latarki. –Co jest? Czemu się nie odzywa?– zapytałem się Romka i w momencie kiedy mówiąc skierowałem się w jego stronę, a co za tym idzie światło latarki też, obie, te na górze, zgasły. Wracam powoli światłem po grani i są, znowu się zapalają. Przesuwam dalej, gasną. – Ziaro, to nie czołówka świeci, to są jakieś ślepia. – powiedział Romek. Niedźwiedzie  niedawno wstały i, jak to na wiosnę, są raczej głodne. Duże ślepia skojarzyły się nam tylko z tym drapieżnikiem. Co robić? Jesteśmy daleko od kolejki, „niedźwiedź” nawiązał z nami kontakt, poczuliśmy się nieco nieswojo. Nie mieliśmy czasu pomyśleć, bo nagle ślepia się zamknęły i „stukot kamieni” zaczął narastać lecąc w naszą stronę. –Romek, plecami do siebie, dziabki do góry i jak zobaczysz cos przed sobą to bij!– krzyknąłem, prawdę mówiąc, nieco spanikowany. Stoimy tak wsparci plecakami o siebie, turkot się zbliża, w światłach czołówek niewiele widać i… hałas przeleciał obok w dolinę.

Postaliśmy jeszcze chwile w gotowości obrony,  powoli ruszyliśmy w kierunku Pośredniego, świecąc czołówkami na wszystkie strony, wypatrując ewentualnego ataku. Nieco już rozluźnieni rozmawiamy o tym dziwnym zdarzeniu, wiatr przegania chmury, momentami księżyc rozjaśnia okolice, wchodzimy na przełęcz „pod zakosy” i znowu spina nas ten dźwięk, blisko, parę metrów przed nami.

W tym momencie księżyc wyszedł zza chmur, oświetlił góry srebrnym światłem, zrobiło się widno „jak w dzień”, no i zobaczyliśmy go, siedział na słupku granicznym i starał się nas wystraszyć tym swoim „stukaniem” – kłapaniem dzioba. Piękny, wielki puchacz. Po chwili odbił się lekko i bezszelestnie, jak zjawa, „odpłynął” w głąb Cichej.

To było moje pierwsze i ostatnie jak do tej pory spotkanie z tą największą sową.

Z lasu wychodzimy na otwartą przestrzeń, do pierwszego podejścia idziemy około 40 minut żużlową równiną dna doliny. Przekraczamy kilka  starych torowisk lawy, wyglądających jak suche, czarne koryta rzek. Cała równina otoczona górami, a przed nami ogromna wschodnia ściana Lanín.

Lanin - espina de pescado

rybia ość – „espina de pescado”

Podchodzimy niepozorna grzędą – „espina de pescado” – rybia ość, tak się nazywa ta grańka. Po chwili tabliczka z informacją, że jedyna uprawniona droga dojścia do schronu odbiega w prawo. Sebastian mówi, że on jednak pamięta drogę w górę grzędą, na dowód tego pokazuje połyskujący wysoko nad nami fragment schronu. Ruszam pierwszy, nieco grzęznąc w piasku wulkanicznym wypełniającym zbocze pomiędzy licznymi, bazaltowo – pumeksowymi głazami. Dochodzimy do granicy śniegu, cieńka warstwa, taka jeszcze nie na foki, a już nie na buty. Nogi ujeżdżają i strome podejście zaczyna być męczące.  Staram się stawiać stopy na wystających ze śniegu, dających pewne oparcie skałach, ale nie wszędzie się da. Po godzinie podejścia zatrzymujemy się na krótki odpoczynek. Zjadamy jakieś ciasteczka, popijając herbatą z dzikiej róży z miodem. Mimo pełnego słońca jest zimno, silny wiatr nie pozwala spokojnie rozmawiać. Pod nami dolina z rzeką i drogą, no i te kolory, gdzieś w głowie skojarzenia z jesiennym Otrytem i melodia – „liści złotem, buków purpurą… idę w góry cieszyc się życiem…”. Ruszamy, kryjąc się przed wiatrem za granią, do schronu mamy jakieś dwie godziny.  Grzęda się zwęża, by w końcu wtopić się w rozległy piarżysto – śnieżny stok. Po lewej lodowiec podcięty rozczłonkowanymi serakami. Brniemy mozolnie w ogromnym piarżysku podwieszonej dolinki, by za chwile znowu wejść na wietrzną grań. Jeszcze parę kroków w kamiennym osuwisku i stajemy na niewielkiej skalnej platformie.

To jest ten schron?– pytam Sebastiana, Mariano też z niedowierzaniem patrzy na niewielki szaro brudny bunkier z urwanymi drzwiami i częściowo zapadłym dachem. Okolica piękna, z lewej jęzor lodowca, po prawej skalna czarna ściana, a przed nami biała, górna cześć masywu Lanín. – No… no nie, ten co go pamiętam był inny, nowszy i większy.– Sebastian nie jest już pewny czy to ten schron i czy to ta droga, a mapy nie wziął bo myślał, że pamięta. Trochę jestem zmęczony, nic to, mamy do wyboru, albo zostać w tej ruderze, która mimo wszystko od wiatru chroni, albo poszukać tego nowego schroniska. Jest jeszcze wcześnie, jeszcze parę godzin do zmierzchu. –Chodźmy– mówię – wejdziemy trochę w górę do miejsca gdzie grań z prawej dochodzi do stoku, wygląda na przewinięcie, zobaczymy co jest z tamtej strony, według mnie jest możliwe, że tam jest właściwy schron. Ruszamy powoli do góry, wąska półką przylepioną do ściany po prawej. Przejrzyste, suche powietrze i czyste, niebieskie tło nieba sprawia, ze szczyt wydaje się być blisko, że jest w zasięgu ręki. Silne podmuchy wiatru wybijają jednak z rytmu podejścia. Jeśli tak wieje tutaj, czyli około 1500m poniżej wierzchołka, to strach pomyśleć co się dzieje na samej górze. Zresztą widać dokładnie olbrzymie pióropusze śniegu poderwane przez wiatr, goniące z ogromna szybkością po grani kopuły szczytowej. Jeśli jutro będzie tak wiało, to nie mamy szans wejść na wierzchołek. Słynny, patagoński wiatr może nas, wbrew naszej woli, przenieść na znaczną odległość.

Lanín

szczyt Lanín targany patagońskim wiatrem

Patagonia to wietrzna kraina. Opływający Amerykę Południową arktyczny prąd El Niño obniża temperaturę wąskiego paska lądu pomiędzy Pacyfikiem, a wysokimi Andami, tworząc obszar wysokiego ciśnienia. Pokonując naturalną, andyjską barierę chłodne powietrza spotyka się z obszarem niżu powstałego na wskutek ogrzania półpustynnych stepów Argentyny. Przemieszczające się masy powietrza powodują jedne z silniejszych wiatrów na ziemi.

Villarica i Quetrupillan

w tle znajdujący się w Chile wulcan Villarica (2847 m n.p.m.) i Quetrupillan (2360 m n.p.m.)

Dotarliśmy na „przewinięcie”, otworzył się widok na północnowschodnie stoki Lanín. W tle morze gór z wybitną, białą sylwetką masywu innego,  wielkiego wulkanu – Villarica. Stok pocięty kilkoma rozległymi żlebami, którymi o tej porze dnia, co jakiś czas, spadają z górnych partii wytopione słońcem kamienie. Jesteśmy dość wysoko, według mnie znacznie wyżej niż 2300, na której to wysokości powinien być właściwy schron. Przypuszczam, że żeby go ewentualnie wypatrzyć trzeba przetrawersować ze dwa żleby. Zakładam kask i wypatrując spadających kamieni staram się jak najszybciej przejść ten pierwszy, twardy i zacieniony. Wchodzę na grańkę z drugiej strony depresji i szukam wzrokiem schronu. Jest! Pod nami, 300–400 m w pionie, widać pomarańczową plamkę schroniska. Całe szczęście, że nie muszę trawersować drugiego żlebu. Szeroki na jakieś 30m. wypełniony poduchami nawianego śniegu, wydawał się na tyle lawiniasty, że raczej bym się nie odważył na wejście w trawers.

Podczas mojej pracy w TOPR kilkakrotnie poszukiwałem i wyciągałem z lawin nieżywych ludzi. Któregoś styczniowego dnia będąc na dyżurze w Morskim Oku, wyszedłem o 7 rano, zrobić profil lawinowy. Polega to na tym, że wykopuje się rów do ziemi odsłaniając profil warstw śniegu, na podstawie ich zróżnicowania, struktury, temperatury poszczególnych poziomów określa się stopień zagrożenia lawinowego. W nocy był bardzo intensywny opad.

Piękny, mroźny poranek w otulonych, zatopionych świeżym, bielusieńkim śniegiem górach. Przeszedłem na fokach staw i  podszedłem na stok u wylotu „Maszynki do mięsa”, właściwie nie wiem dlaczego wybrałem to miejsce. Wydawało mi się OK, bo przecież „lawiny rano nie schodzą”.  Byłem w dwóch trzecich wysokości stoku, zdjąłem narty i od razu zapadłem się prawie po pas.

Wykopałem około półtora metra, dokopałem się do piargów i zacząłem mierzyć temperaturę najniższej warstwy, gdy nagle cos mnie tknęło. Wprawdzie nie słyszałem niczego, co mogło by mnie zaniepokoić, ale mimo to coś kazało mi wyjrzeć z dna rowu. Popatrzyłem do góry i z przerażeniem zobaczyłem w Bandziochu mknącą w moja stronę, jak pociąg pośpieszny, pyłową lawinę.

Błyskawicznie wyskoczyłem, usiłowałem jak najszybciej uciec z jej toru.  Wiedziałem jednak, że nie mam szans – pyłówka leci z ogromna szybkością, a ja mieszałem nogami  w śniegu do pasa, będąc dokładnie na jej drodze. Udało mi się stanąć na wystającej grubej gałęzi kosówki, która dawła solidne oparcie, chciałem się odbić z niej jak najdalej. W tym momencie podmuch fali uderzeniowej jaka wytworzyła się najprawdopodobniej na wskutek kumulacji energii w wąskim żlebie „Maszynki do mięsa” przewrócił mnie na twarz.

To koniec!– przemknęło w gonitwie oszalałych, panicznych myśli przez głowę. Mózg błyskawicznie przeanalizował szanse – nikt, w śpiącym jeszcze, prawie pustym schronisku, nie wiedział, że wyszedłem. Moją nieobecność na dyżurze prawdopodobnie zauważą za kilka godzin. A ja, przy bardzo dużym szczęściu, będę do uratowania po najwyżej dwóch godzinach zasypania, ale tak naprawdę szanse mam tylko pierwsze 10 minut, czyli nie ma szansy. –To koniec!

Nie wiem dlaczego, ale podniosłem się błyskawicznie, miałem w głowie, żeby nie leżeć, trwało to dosłownie sekundy, czekałem teraz na uderzenie w plecy masy śniegu. Ogarnęła mnie szara chmura śnieżnego pyłu i ten dźwięk: niesamowity, niezapomniany szelest śmierci. I… nic. Gdy pył opadł, spojrzałem za siebie – tuż za mną, jakiś dwa metry ode mnie, stanęło spiętrzone czoło lawiny. Rów w którym robiłem pomiary był w całości zasypany. Uciekłem cztery, może pięć metrów i to uratowało mi życie.

Czyli jeszcze nie teraz. Dobry Bóg czuwał nade mną.

Dobrą chwile wymiotowałem z emocji, potem zgłosiłem przez radio do centrali proponowany przeze mnie, najwyższy 5° zagrożenia lawinowego.  I od tego czasu boję się lawin.

Zejście zajęło nam około godziny, staraliśmy się trzymać grani, bo twardym żlebem coraz częściej spadały kamienie.

betonowy, utrzymywany przez argentyńskie wojsko, schron na zboczach wulkanu Lanin

betonowy, utrzymywany przez argentyńskie wojsko, schron na zboczach wulkanu Lanin

Wygodny schron, wyglądający jak skamieniały, pomarańczowy namiot wojskowy. Wewnątrz  mały przedsionek do gotowania i „pół-rura” betonu z betonową podłogą. Na jej końcu, przy zimnej, oszronionej ścianie, piętrowe, metalowe łóżko z blachą zamiast sprężyn. Refugio RIM 26, 2315 m n.p.m.  Jego jedyną zaletą jest to, że jest szczelny i hucząco-jęczący wiatr pozostał za drzwiami. Nastawiamy wodę, oczywiście najpierw na mate. Argentyńczycy prawie nie mogą bez niej żyć, piją ją przy każdej okazji. Mate – to pojemnik z którego się pije, a yerba – to zmielony, wysuszony ostrokrzew paragwajski hodowany w tropikalnej prowincji Misiones. Yerbę zalewa się gorącą, ale nie wrzącą wodą i pije przez rurkę z sitkiem tzw. bombillę. Największe plantacje ostrokrzewu założone  zostały przez starą emigrację z Polski. W 1897 r.  przybyła do Argentyny za chlebem grupa 14 rodzin (69 osób) z Podkarpacia. Jak twardzi musieli być to ludzie, którzy rzuceni w środek gęstych lasów, bez znajomości tutejszych chorób, trujących roślin, jadowitych gadów, robactwa, wszystkich tych niebezpieczeństw jakie niesie ze sobą tropikalny klimat, z niewielką ilością narzędzi potrafili przeżyć i swą wytrwałością i pracowitością stworzyć jedną z ważniejszych gałęzi produkcji rolnej Argentyny?

wnętrze schronu (fot: Mariano Buenaventura)

wnętrze schronu (fot: Mariano Buenaventura)

W międzyczasie bunkier trochę się nagrzał, czas płynie leniwie. Późnym popołudniem wychodzimy na zewnątrz, chmury zalewają dna dolin, nad nami czyste niebo zaczyna się rumienić zachodzącym słońcem. Zmrok zapada szybko, po chwili niebo wysrebrza się niekończącą ilością gwiazd. Przejrzystość powietrza sprawia, że są tuż, tuż, prawie by je można zdjąć z nieba. Szkoda, że wiatr nie pozwala spać na zewnątrz. Nie ma lepszego hotelu niż ten z milionem gwiazd, gdy w ciepłym śpiworze, tuż przed zaśnięciem wypatrujesz na niebie te spadające. Wiatr i ziąb wygania nas do „bunkra”, jemy makaron z sosem grzybowym, jakieś słodycze no i oczywiście pijemy mate. Kalkulujemy, że podejście 1400 m na szczyt zajmie nam około 3 godzin, potem ze cztery zejścia, czyli jak wyjdziemy o ósmej, to powinniśmy być przy samochodach około piętnastej. Nauczony „tatrzańskim” doświadczeniem jestem zwolennikiem jak najwcześniejszego wychodzenia w góry, wolałbym się zebrać w okolicy piątej rano, ale nawet nie próbuje przekonać do tego pomysłu moich kolegów, za dobrze ich znam. Wstaję jak zwykle koło szóstej. Po cichu robię sobie mate i wychodzę na zewnątrz. Super – pełna cisza, ani jednego podmuchu wiatru. Wolne od chmur niebo i doliny zapowiadają fantastyczną pogodę. Mroźno, tak na oko, około 15°C poniżej zera. Po godzinie przygotowuje śniadanie i zaczynam się zachowywać nieco głośniej żeby dać kolegom do zrozumienia, że może już pora wstawać. Ależ gdzie tam, zagrzebani w śpiwory Argentyńczycy śpią jak zabici, wydaje się, że raczej o ósmej nie wyjdziemy.

drewniany schron na stokach wulkanu Lanin

drewniany schron „Paturuzú” na stokach wulkanu Lanin

Wychodzimy o dziewiątej. Po ponad półtoragodzinnym podejściu jesteśmy na wysokości, z której wczoraj wypatrzyłem schron. Nieco dalej mijamy jeszcze inny, znacznie mniejszy, ale wystarczająco duży dla naszej trójki, cały z drewna. Gdybyśmy wczoraj wiedzieli o jego istnieniu, to byli byśmy dzisiaj o dwie godziny do przodu. Wchodzimy w niezbyt strome, wielkie pola śnieżne. Raki miarowo skrzypią na twardym śniegu, ani grama wiatru, fantastycznie. Szukamy drogi podejścia. Według mnie trzeba wejść na lewe ograniczenie pól śnieżnych i na granicy lodowca kierować się prosto w górę, pod kopułę szczytowa.  Widać stąd system niewielkich żlebków wyprowadzających na szczyt. Moi koledzy upierają się jednak, aby przetrawersować śnieżne pola i potem ich prawym ograniczeniem piąć się do góry. Mało to logiczne, bo trawersując ze dwa kilometry, pól będziemy pod „obstrzałem” kamieni, które za jakieś dwie-trzy godziny zaczną „latać” wytopione mocnym słońcem. Dobra, idźmy jak chcecie, na razie skute porannym zimnem kamienie nie są zagrożeniem. Po godzinnym marszu, przekraczając dwie kolejne stające „dęba” granie zatrzymujemy się nad dużą depresja ściany północnej. Niestety, nie tędy droga, trzeba wracać. Albo wracamy tą sama droga, albo pniemy się stromą granią pod wierzchołek i tam zobaczymy. Wybieramy drugą opcje. Słonce pali mocno,  ale jest rześko, pojawiają się pierwsze podmuchy wiatru. Do szczytu na wprost mamy jakieś 400 m, czujemy już wysokość, która troszkę nas zatyka i spowalnia działanie. Podchodzę mozolnie stromą, ostrą granią, zmieniam kijki na czekan, zakładam na wszelki wypadek kask. Mroźny coraz silniejszy wiatr szczypie w płatki uszu. Kluczymy po małych graniach, przekraczamy strome żlebki, zawracamy, wchodzimy w nowe, by w końcu, po dość długim czasie, stanąć pod niedużym,  5-6 metrowym progiem. Nie wygląda specjalnie trudno, ale przydałaby się jakaś lina na te parę metrów. Nie mamy jej oczywiście, bo nie zakładaliśmy trudności uzasadniających jej użycie. Albo przejdziemy ten próg, albo będziemy musieli wrócić nie wchodząc na szczyt. Najgorsze, że nie wiadomo jak wygląda za krawędzią progu, dojść do niej będzie stosunkowo łatwo, ale gdyby się okazało, że za nią trudności rosną, to wycof bez liny może być  problematyczny.

w drodze na szczyt wulkanu Lanin

w drodze na szczyt wulkanu Lanin

Decyduje się spróbować, wchodzę w krótki, twardy, stromy kuluar. Musze być ostrożny, bo niby trudności małe i krótkie, ale jak bym się zwalił, to diabli wiedza kiedy się zatrzymam. Dochodzę do krawędzi i… zwycięstwo! Za krawędzią wypłaszczająca się śnieżna kopuła. Jeszcze 50m. banalnego podejścia i jestem na szczycie Lanín. Po chwili dochodzi Mariano i Sebastian.  Na niebie ani jednej chmurki, mróz około -20°C. Mmieliśmy plan wypić na szczycie mate, ale coraz silniejszy wiatr odwodzi nas od tego pomysłu. Panorama oszałamiająca, żadnych śladów działalności człowieka, żadnych dróg, domów, dymów, nic. Tylko Andy i stepy. Wspaniała przejrzystość powietrza, widać szczyty odległe 200-300 km.

Andrzej Ziarko na szczycie wulkanu Lanin (fot: Mariano Buenaventura)

Andrzej Ziarko spogląda ze szczytu Lanin na wulkan Villarica (fot: Mariano Buenaventura)

Na południu duża sylwetka białego, trzywierzchołkowego wulkanu Tronador; tuż „obok” – na prawo – równy, klasyczny stożek wulkanu Osorno. Zachodnia i północna strona to wielki łańcuch Andów z wybitnym, odległym o około 40km, wulkanem Villarica – 2847 m n.p.m – cel naszej następnej, zimowej wycieczki na fokach. Na wschodzie z kolei pofałdowane andyjskie przedgórze, wygładzające się w kierunku równinnej pampy. Jest już trzecia po południu, nasze poranne czasowe kalkulacje okazały się nic nie warte,  nie wzięliśmy pod uwagę, że się pogubimy. Stoję na wielkiej czapie śniegu wypełniającej z „czubkiem” krater. Wulkan milczy od wielu setek lat. Legenda głosi, że uśpili go, składając ofiarę, tutejsi Indianie.

Dawno, dawno temu, na długo zanim przybyli tu pierwsi Biali, u stóp Lanín, w dolinie Mamuil Malal, mieszkali Indianie Mapuche, plemię dzielnego wodza Huanquimi. W ich wierzeniach każda góra ma swego Pillán – ducha opiekuna, który strzeże spokoju szczytów, lasów i zwierząt zamieszkujących jego obszar. Kiedy Pillán się gniewa sprowadza wichury, burze. Kiedy chce ukarać – trzęsie ziemią, wyzwala ogień ze szczytów, pali lasy gorącym powietrzem i lawą. Jedyne co jest wtedy w stanie przebłagać rozgniewanego władcę gór, jest złożona mu w ofierze najpiękniejsza dziewica plemienia.

Któregoś dnia, grupa młodych myśliwych Mapuche tropiąc huemul zapędziła się za nim zbyt wysoko, naruszając spokój Pillána. Nim zeszli w dolinę wulkan zaczął dymić, jeszcze tej samej nocy ziemia zadrżała, a z wnętrza góry dobiegł potworny ryk i hałas jego pieklącego się władcy. Płonący krater raz po raz wyrzucał, rwące ciemne niebo, pióropusze błyskawic. Zamiast deszczu spadła maź popiołu i piasek, wypełniając koryta rzek błotnistym szlamem. Przerażeni ludzie kryli się przed spadającymi, rozgrzanymi do czerwoności kamieniami. Tak mijał dzień za dniem, bez najmniejszego promyka słońca, w ciągłym trzęsieniu ziemi i grzmotów piorunów.

Nie pomagały modły i rytualne tance, którymi Indianie próbowali przebłagać srogiego Pillána, wydawało się, że już nic nie uchroni od zagłady ludzi Huanquimi, gdy nagle wszystko ustało. Tylko szaman legł jak rażony gromem, by po chwili się podnieść i patrząc niewidzącym wzrokiem na wodza, przemówił nieswoim głosem: –Tylko twoja, wodzu, córka Huilefun, oddana mi na wieki, jest w stanie ukoić mój gniew.– Po tych słowach ziemia zadrżała ponownie, a błyskawice ze wzmożoną siłą zaczęły razić zasnute popiołem niebo.

W drodze na górę, przerażonej, pięknie ubranej i przygotowanej Huilefun towarzyszył młody wojownik Kona. Gdy dotarli nad brzeg krateru, Kona wziął w ramiona piękną córkę wodza, o której marzył, że zostanie jego żoną. Chciał się sprzeciwić woli Pillána i wodza swego plemienia, zamierzał porwać ją i uciec na drugą stronę gór, ale władca wulkanu usłyszał myśli Kona, wysłał kondora, który wyrwał dziewczynę z jego rąk i wrzucił w czeluść krateru. W tym momencie wszystko ucichło, a z nieba zaczął padać gęsty śnieg. Śnieg padał tak długo, aż zasypał krater i przykrył na wieki ogromną śnieżną czapą.

W języku Indian Mapuche, mapudungun, wulkan Lanin,  po dziś dzień nosi nazwę: Pillañzegüñ. U jego stóp, każdego roku, organizowane jest rewe – święta ceremonia, podczas której Indianie czczą siły natury i proszą swego boga Ngünechena o różne łaski. Podczas obchodów rewe zamknięty jest ruch turystyczny na wulkanie.

Zeszliśmy ze szczytu wygodną, łatwą granią. Żułem kawałki lodu, bo woda sie skończyła, a nie chciało się nam zatrzymywać w celu jej wytopienia. Przy drewnianym schronie spotkaliśmy czterech chłopaków z Izraela, planowali podejście następnego dnia. Nie sądzę, żeby im się udało, bo niebo już się zaciągnęło, a wiatr się wzmagał z minuty na minutę, ale jak to w górach pogoda będzie, albo nie. Rozmawialiśmy chwile o drodze podejścia, my oblizując suche wargi, a oni popijając wodę z butelek i jakoś nie przyszło im do głowy, żeby nas poczęstować. No cóż: co kraj, to obyczaj. Życząc im pogody na jutro, oddaliliśmy się prędko, myśląc o mate w naszym schronie. Późno wieczorem dotarliśmy do samochodów.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Ziarko, były zawodowy ratownik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, instruktor w eliminacjach polskich edycji Camel Trophy, w 1994 r. uczestnik Rajdu Gauloises – 600-kilometrowego wyścigu na orientację pieszo, konno i łodziami w Andach Patagońskich, podróżnik, autor, organizator wypraw. Założyciel biur Tatra Extreme i Ziarko Expeditions.

tierralatina.pl publikowała wcześniej jego tekst „Życie pod wulkanem„.

****

Zapraszamy na nasze latynoamerykańskiej forum dyskusyjne – są tam m.in. działy poświęcone podróżowaniu po Argentynie i Chile.




Prześlij dalej:

Jedna reakcja na "Lanín – wulkan dziewicą uśpiony"

  1. Marcin Zarzycki  08/09/2014 o 22:07

    Kochana tierralatino.pl! Więcej takich tekstów proszę. Takich przy których można pomarzyć, czegoś ciekawego dowiedzieć i choć na chwilę zapomnieć o otaczającej nas polityce!

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.