Matthew zniszczył Haiti

Huragan Matthew, najsilniejszy od blisko dekady na Karaibach, zdemolował południe Haiti. Straty są ogromne. Ucierpiało ponad 350 tysięcy osób. Dokładnej liczby zabitych prawdopodobnie nie poznamy nigdy.


Czekanie na egzekucję.

To jedyne porównianie, jakie mi w tej chwili przychodzi mi do głowy. Bo Haiti z kilkudniowym wyprzedzeniem doskonale wiedziało, że niemiłosiernie oberwie od Matthew. I spokojnie nań czekało.

Amerykańskie Narodowe Centrum Huraganów, mające najlepszy sprzęt i najbardziej doświadczonych meteorologów, ostrzegało o nim już 4-5 dni wcześniej. Na satelitarnych zdjęciach widać było dokładnie jak Matthew, jeszcze nad Antylami, u wybrzeży Wenezueli, rośnie w siłę, puchnie i coraz szybciej się kręci. I wszystkie komputerowe symulacje były jednoznaczne – huragan miał otrzeć się o Kolumbię i potem zdecydowanie skręcić na północ. Pójść prosto na Jamajkę, tam jeszcze większej zyskać mocy i ruszyć w stronę Cieśniny Wiatrów, oddzielającej Kubę od Haiti.

Haitańskie władze zrobiły w sumie wszystko co było w ich mocy, aby ostrzec mieszkańców. Jeszcze w sobotę rano, tak jak każdy użytkownik telefonu komórkowego w tym kraju, dostałem SMSa z informacją, że wprowadzono tzw. Czerwony Alert Pogodowy, że zamknięte zostaną wszystkie lotniska i że, w miarę możliwości, trzeba szukać schronienia.

Biorę rodzinę i jadę do siostry. Mój dom jest w niecce, więc pewnie zostanie trochę zalany. Ona zaś mieszka w Laboule, na wzgórzach, nad stolicą, i ma nowy dom, wybudowany po trzęsieniu ziemi, zgodnie z wszystkim normami antysejsmicznymi. Więc wiatr pewnie też wytrzyma.– powiedział mi Patrice, 38-letni znajomy Haitańczyk z bardzo znanej, zamożnej haitańskiej rodziny.

Tacy jak on rzeczywiście mieli wybór. Niektórzy po prostu wzięli bliskich i – póki jeszcze było można – po prostu uciekli przed żywiołem. Często samolotem. Do Nowego Jorku, Panamy, czy na Arubę. Gdziekolwiek poza przewidywaną trasą huraganu. Ale tacy jak on, mogący z dnia na dzień wziąć sobie kilka dni wolnego, kupić bilety na samolot dla wszystkich bliskich, czy wybrać najbezpieczniejszą z wielu rodzinnych rezydencji, to haitańskie happy few, z ogromnym naciskiem na few.

Pozostali mogli tylko czekać. Jak w korytarzu śmierci. Bo wiadomo było, że Matthew przez cały czas oscyluje na granicy 4 i 5 stopnia w skali Saffira-Simpsona. A to oznacza ciągłe wiatry o prędkości 220-250 km/h. I porywy przekraczające 300 km/h. –To jest kataklizm. Przed tym właściwie nie można się zabezpieczyć.– powiedziała mi wprost Yvonne Helle, kierująca haitańskim biurem ONZ-wskiego programem ds. rozwoju UNDP.

Dèyè mòn, gen mòn.

Bo co mogli zrobić zwykli mieszkańcy Haiti, najbiedniejszego państwa zachodniej półkuli, które wciąż nie podniosło się po trzęsieniu ziemi z 12 stycznia 2010 roku, a w którym zginęło od 100 do 300 tysięcy mieszkańców?

Rządowe ostrzeżenia słusznie przestrzegały przed pozostawaniem na wybrzeżu, gdzie morze miało się wedrzeć wewnątrz lądu. I równie rozsądnie zalecały unikanie przebywania w górach, gdzie groziły osunięcia terenu, lawiny błotne, wezbrane rzeki i najsilniejsze porywy wiatrów.

Problem w tym, że Haiti to, na dobrą sprawę, tylko wybrzeże i góry. „Dèyè mòn, gen mòn” – mówią filozoficznie, w swym kreolskim, jego mieszkańcy. „Za górami, są następne góry„… Nic innego tu nie ma. Gdzie się więc schować, dokąd się ewakuować, gdy zarówno brzeg morza jaki i góry są niebezpieczne?

W niektórych miejscowościach istnieją schrony obrony cywilnej. Nie są to żadne dedykowane miejsca, ale po prostu duże budowle uznane za najsilniejsze, za najlepiej wybudowane, często kościoły albo szkoły. Wg. rządowych informacji udało się w nich zgromadzić, przed huraganem, około 300 tysięcy osób. 300 tys. z ponad 10 milionów. Większość ludzi po prostu pozostała w domach. I czekała.

Ja też czekałem. Na położonym na północ od stolicy Port-au-Prince, wybrzeżu Arcadins.

Patrice proponował mi wprawdzie abym schronił się w antysejsmicznym domu jego siostry, ale ja chciałem zobaczyć huraganową furię z bliska. Jestem, bądź co bądź, chłopak znad morza i jesienne sztormy na Bałtyku zawsze mnie fascynowały. Wielokrotnie zdarzało mi się, w ich trakcie, wchodzić za zamknięte ze względów bezpieczeństwa sopockie molo, tylko po to aby poczuć drżenie drewnianej konstrukcji, słuchać wyjącego wiatru i patrzeć z jaką łatwością fale niszczą dolne pomosty. Nie mogłem więc okazji obejrzenia z bardzo bliska tak silnego huraganu.

Matthew coraz bardziej się spóźniał.

Okazało się bowiem, że tuż przed Haiti wyraźnie spowolnił.

A to w przypadku huraganu nie jest, bynajmniej, dobra wiadomość. Bo tu nie chodzi o prędkość towarzyszących mu wiatrów, tylko szybkość przesuwania się całego tropikalnego cyklonu. Gdy przesuwa się on powoli, ma czas wyrządzić jeszcze większe zniszczenia. Po prostu dłużej wieją silne wichry, przez więcej czasu intensywnie leje, a morze ma więcej możliwości wdarcia się na ląd.

Matthew nad Haiti

Matthew nad Haiti. Zdjęcie satelitarne wykonane przez NASA we wtorek, 4. października.

W poniedziałek, zamiast zapowiadanego od kilku dni huraganu była:

Cisza przed burzą.

Nigdy wcześniej tak bardzo namacalnie nie czułem prawdziwości tego powiedzenia. Rano morze było gładziusieńkie. Jakby ktoś obrus na nim położył i jeszcze starannie go wyprasował. Tylko gdzieniegdzie pozostały drobne zmarszczki. I, rzeczywiście, było nadzwyczaj cicho.

Normalnie wyjątkowo gwarne haitańskie ulice, na których zawsze, od świtu do zmierzchu, intensywnie się handluje, spożywa posiłki, plotkuje i obserwuje innych, tym razem niepokojąco opustoszały. Samochody nie jeździły prawie żadne, sklepy i stragany szczelnie poryglowano.

Wszyscy w zamknęli się w domach, z rodzinami i… czekali.

Tu należy się kilka słów wyjaśnienia, co w Haiti kryje się za słowem „dom„.

Oczywiście może to być nadmorska, gigantyczna, weekendowa rezydencja, z lądowiskiem dla śmigłowców i prywatną przystanią przy której cumuje motorówka za pół miliona dolarów. Na wybrzeżu Arcadins takich posiadłości jest co najmniej kilkadziesiąt.

Ale 80 proc. Haitańczyków mieszka w tzw. budownictwie nieformalnym. Czyli konstrukcjach wznoszonych własnym sumptem, najczęściej bez żadnych planów i fachowej wiedzy.

Czasem są to całkiem spore, bywa że nawet niebrzydkie i kilkupiętrowe, murowane obiekty. Ale zazwyczaj to po prostu cztery ściany z pustaków, często wokół klepiska i przykryte z góry blachą falistą, bądź płytami z włókna szklanego. A w najbiedniejszych wioskach i niektórych wokółmiejskich slumsach nawet te pustaki i blacha są nieosiągalnym luksusem. Tam domy wciąż są lepione z gliny, albo wręcz wyplatane z palmowych liści. I także w nich całe rodziny, z rezygnacją, choć czasami i z niedowierzaniem, bo przeciaż  miał już być, a go nie ma, oczekiwały na nadejście Matthew.

Morze ruszyło się w poniedziałek po południu.

Zrobiło to w sposób zadziwiający. Najpierw zaczął gwałtownie rosnąć poziom wody, jakby naraz pojawił się, normalnie na Karaibach rzadko zauważalny, duży przypływ. Potem pojawiły się fale. Zupełnie nagle. Znikąd. Bez deszczu i wiatru. Z każdą minutą z coraz większym impetem rozlewały się po plażach, uderzały o falochrony i pomosty.

Wrrum, wrrrum, wrrrrum… Wybijany przez nie rytm stawał się z każdą minutą coraz szybszy i donośniejszy.

Dopiero gdy woda była już naprawdę mocno rozbujana, gdy falom towarzyszyły białe grzywy, pojawił się także wiatr. Z początku zefirek, ledwo ruszający palmowe liście. Ale, tak jak wcześniej morze, i on zaczął nagle przybierać na sile. W ciągu godziny, dwóch z flauty zrobił się przyzwoity sztorm.

Ale wciaż nie był to kataklizm.

Pamiętam, że wieczorem, tuż przed snem, zajrzałem ponownie na internetową stronę Centrum Huraganów. Za oknem już prawdziwie huczało, a na ekranie komputera miałem wiadomość, że Matthew dopiero się zbliża do Haiti.

Zbliża?

Matthew nad Haiti

Prognoza z poniedziałkowego wieczoru. Matthew jeszcze nie dotarł nad Haiti.

Wtorek.

Gdy obudziłem się tego dnia o świcie Matthew już najwyraźniej na Haiti był. To właśnie on mnie obudził. Ale nie samym wyciem wiatru, czy bębnieniem deszczu w dach. Po prostu potężnym hałasem – totalną kakofonią przeróżnych, często trudnych do zidentyfikowania dźwięków.

Był ryk kilkumetrowych fal rozbijających się z się wściekłością o wszystko w ich zasięgu, stukot wyrzucanych przez nie na plażę kamieni, były trzaski łamanych jak zapałki grubych pni i gałęzi, łomot potężnych kokosów spadających z kilkunastometrowych palm. Strach było wyjść na zewnątrz, bo wszędzie fruwały jakieś blachy, elementy konstrukcyjne, śmieci, plastikowe stoły i krzesła.

Nie było też już prądu, a komórka traciła zasięg. Ostatnia wiadomość jaką zdołałem na niej odczytać była ostrzeżeniem, że huragan wciąz przybiera na sile i najsilniej da się na Haiti we znaki dopiero podczas kolejnej nocy.

Les Arcadins Haiti

Efekty Matthew na haitańskim wybrzeżu Les Arcadins.

Czekałem więc. Jak wszyscy. Od czasu do czasu zdobywałem się na wyjście, aby podejść jak najbliżej morza, popatrzeć chwilę, pomocować się z wiatrem, oszacować straty w bezpośrednim sąsiedztwie, spróbować zrobić jakieś zdjęcie, a potem szybko uciec aby suszyć się pod solidnym dachem niewielkiego domku, w którym byłem zupełnie sam.

Jego właściciel, inżynier, którego własna budowlana firma dwa lata temu go wybudowała, dał mi wcześniej odpowiednie instrukcje:

Jak poczujesz, że dom zaczyna drżeć, lub usłyszysz dźwięk pękania belek dachowych, to nie czekaj, tylko natychmiast wsiadaj w samochód i uciekaj.
Dobrze, ale gdzie? W którą stronę?
Nie mam pojęcia.-

Nic na szczęście nie zadrżało i pęknięć w dachu też nie usłyszałem. Za to zaparkowane na wprost bramy terenowe mitsubishi musieliśmy w środę wykopywać z półmetrowej warstwy błota. Bramy też się otworzyć od razu się nie udało…

Środa.

Dzień zaczął się dobrze. Wiatr wyraźnie zelżał, deszcz już tylko lekko siąpił, morze też było znacznie spokojniejsze. „Matthew odchodzi, idzie na Kubę.” – usłyszałem w radiu, gdy udało mi się w końcu odpalić agregat prądotwórczy. Chwilę potem wrócił też sygnał telefonii komórkowej,  –Nie jest źle!– pomyślałem obchodząc okolicę.

Wiadomości i zdjęcia spływające mailami i na whatsappie od znajomych Haitańczyków i cudzoziemców pracujących w lokalnie działających organizacjach humanitarnych też były wtedy raczej optymistyczne. Ktoś wprawdzie skarżył się, że stracił zupełnie nowy jacht, w hotelu Ouanga Bay wiatr zniszczył restaurację, w innym morze wypełniło piaskiem baseny, a w Wahoo Bay zawaliły się schody prowadzące na plaże… Czyli, generalnie, są szkody, wszędzie na pewno będzie dużo sprzątania, ale ludzie cali i zdrowi! A to przecież najważniejsze.

Pierwsze rządowe komunikaty i bilanse też nie były złe. Na początku mówiono o zaledwie 3 ofiarach śmiertelnych, i to w dodatku pośrednich. Ktoś wypadł z rybackiej łodzi, inny nie dotarł na czas na dializę, a jakiś kierowca zginął wbijając się samochodem w przewrócone drzewo. Oficjalnie cieszono się, że Matthew, w ostatniej chwili, przesunął się na zachód i nie przeszedł centralnie nad całym Haiti, jak przewidywały prognozy, lecz  swym okiem, wokół którego wiatry i opady są zazwyczaj najsilniejsze, „zahaczył” o – znajdujący się na południowym-zachodzie kraju – Półwysep Rekina.

Dopiero w południe władze w Port-au-Prince przyznały, że obraz zniszczeń wciąż jest niepełny. –Brakuje nam danych z Grand’Anse, Sud i części Nippes. Utraciliśmy połączenie z tamtejszymi regionalnymi administracjami. Jak tylko komunikacja zostanie przywrócona, poinformujemy o sytuacji.– tłumaczył rzecznik haitańskiego rządu tonem, jakby fakt, że stolica nie ma zupełnie żadnych wiadomości z trzech departamentów, w których mieszkają prawie dwa miliony ludzi to coś najzupełniej normalnego. I to w sytuacji, w której owa trzy departamenty znajdują się właśnie na Półwyspie Rekina.

Kilka godzin poźniej wiadomo już było, że doszło do tragedii. –Porozumieliśmy się w końcu z naszymi ludźmi w terenie. Na szczęście mieli tam telefon satelitarny. Wiadomości nie są dobre. Les Cayes podobno całkowicie zniszczone, żaden budynek nie ocalał. Dużo osób zginęło, ale trudno oszacować ile. Czekamy aż będzie tam można polecieć, bo podobno drogi są zupełnie nieprzejezdne. – relacjonował mi znajomy pracujący dla dużej międzynarodowej organizacji.

12, 124, 288, 877?

Samoloty poderwano do lotu gdy w końcu pozwoliła na to pogoda. Czyli w czwartek. Piloci wracający z tych rekonenesansowych lotów, osoby im towarzyszące, wszyscy byli wstrząśnięci.

Port Salut

Droga prowadząca do Port Salut (fot: Michael Broyles, MAF)

Port Salut to jedna wielka ruina. niektóre wioski na wybrzeżu, między nim a Les Cayes są niemal starte z powierzchni ziemi. Trudno się rozeznać co jest co, bo linia brzegowa też uległa zmianie. – relacjonował Michael Broyles z Mission Aviation Fellowship, po przelocie nad wybrzeżem słynącym do tej pory z plaż uznawane za najpiękniejsze na Haiti i z wielu zabytkowych domów z okresu kolonialnego.

Amerykański pilot nie zdołał nigdzie wylądować: –Wszystkie lotniska i lądowiska są zniszczone, pasy startowe albo przykryte wodą, albo błotem, albo zagracone tym, co przenosił wiatr. Drogi też są nieprzejezdne. Wiele mostów jest zerwanych.– dodał.

Zrobione przez niego zdjęcia, jedne z pierwszych ze zniszczonej części kraju, były (i są nadal) przerażające. –To katastrofa humanitarna na wielką skalę. Widać, że ludzie tam nie tylko stracili dach nad głową. Zniszczona została podstawowa infrastruktura. Nie ma dróg, nie ma wody zdatnej do picia, nie ma elektryczności. Zniszczone zostały pola uprawne, a hodowlane zwierzęta prawdopodobnie zginęły.– tłumaczyli, pochylając się nad nimi, eksperci z Heifer International.

Port Salut

Wybrzeże w okolicach Port Salut (fot: Michael Broyles/MAF)

I na dobrą sprawę z każdym wracającym znad Rekiniego Półwyspu samolotu wieści i ogólny obraz sytuacji były coraz bardziej ponure. Z relacji i przywożonych zdjęć wyłaniał się obraz gigantycznych, trudnych wręcz do wyobrażenia zniszczeń – doszczętnie rozwalone budynki i dzielnice, „położone” całe połacie plantacji palmowych, most na jedynej drodze łączącej dotknięte departamenty ze stolicą zawalony, przerócone słupy linii energetycznych…

I to wszystko nie tylko w Les Cayes i Port Salut, lecz wszędzie, na obu – północnym i południowym – wybrzeżach dotkniętego półwyspu, na tysiącach kilometrów kwadratowych!

Jeremie, Haiti

Jedno z pierwszych zdjęć Jérémie, stolicy departamentu Grand’Anse (fot: MINUSTAH)

W sumie, choć może to zabrzmi niepoprawnie politycznie, szczęście w nieszczęściu, że Haiti wciąż się jeszcze dźwiga z trzęsienia ziemi sprzed 6 laty.  Dzięki temu w kraju wciąz są organizacje humanitarne i ONZ ze swoim ciężkim sprzętem, wypasionymi terenówkami, logistyką, systemami łączności i śmigłowcami. Gdyby nie kataklizm z 2010 roku ewaluacja sytuacji, organizowanie pomocy, docieranie w zniszczone tereny trwałoby prawdopodobnie znacznie dłużej.

A tak, już w trzy dni po przejściu huraganu, w kluczowych miejscach były już ekipy pomocowe, przygotowane lądowiska dla helikopterów i szczegółowe mapy sytuacyjne:

Haiti Matthew

Jedna z pierwszych map szkód wyrządzonych przez huragan Matthew na Haiti.

Zaczęła się też rzecz najboleśniejsza – liczenie ofiar śmiertelnych. Rząd w Port-au-Prince stara się być ostrożny. To także konsekwencja trzęsienia ziemi. Bo w 2010 roku władze mówiły o nawet ponad 300 tys. zabitych, podczas gdy niezależni eksperci twierdzą, że było ich maksymalnie 160 tysięcy.

Ówczesne haitańskie władze były oskarżane, że cynicznie rozdmuchują i tak wielką tragedię, po to aby dostać jak największą pomoc z zagranicy.

Teraz sytuacja się odwróciła.

Rząd cyzeluje komunikaty o zabitych: 12, potem 124, kilkanaście godzin później 288. A gdy dziennikarze agencji Reuters zsumowali i tak szczątkowe doniesienia z terenu i wyszło im, że zginęło, co najmniej, 877 osób, minister spraw wewnętrznych nie krył swej irytacji. –Aż dziw, że jeszcze nie podali, że trupów jest już ponad 1000. Zobaczycie, jeszcze trochę i okaże się, że w tym huraganie zginęło co najmniej 100 tys. ludzi! Organizacje pozarządowe celowo dramatyzują, bo katastrofa to dla nich biznes. Kto wie, może dzięki temu uda im się zarobić 100 milionów dolarów!– ironizował François Anick Joseph.

Minister zapowiedział, że tym razem nie będzie żadnych estymacji, a rządowe komunikaty opierać się będą na prostym rachunku:

1 ciało = 1 zabity

Nauczyliśmy się na naszych błędach z 2010 r. Nie powtórzymy ich. W tym kraju jest działający, odpowiedzialny rząd, który nie pozwoli aby zrobiono tu znowu burdel. Wszystkimi działaniami w terenie kierować będzie tym razem nasza obrona cywilna.– dodał szef haitańskiego MSW.

Brutalna prawda jest tymczasem taka, że dokładnej liczby ofiar na pewno nigdy nie poznamy. Bo wiele osób zaginęło – woda prawdopobnie zabrała ich do morza, albo leżą gdzieś pogrzebani pod warstwami błota. Poza tym w wielu miejscach rodziny po prostu szybko grzebią zmarłych przy domach, nie zgłaszając tego żadnym władzom. Haiti to kraj, w którym wciąż nie ma sprawnie działającej centralnej ewidencji ludności, a wiele osób nie posiada żadnego dowodu tożsamości.

Pracownicy organizacji humanitarnych podkreślają tymczasem, że sprawa liczby zabitych, jest – tak naprawdę – mocno drugorzędna. –Im i tak już nikt nie pomoże. Zająć się trzeba żywymi. 50 tysięcy osób wymaga natychmiastowej pomocy, bo straciło cały swój dobytek, nie ma dachu nad głową, nie ma co jeść, ani pić. Co najmniej 350 tysięcy kolejnych będzie wymagało długotrwałej asysty, bo straciło źródła utrzymania. Dziesiątki tysięcy dzieci przerwało naukę, bo ich szkoły przestały istnieć.– mówił mi Saint-Victor Jeune z haitańskiej Obrony Cywilnej. Haitański Czerwony Krzyż szacuje liczbę osób, które w jakiś sposób bezpośrednio ucierpiały z powodu Matthew na ponad milion.

Zdjęcia zrobione przez ekipy MINUSTAH, Misji Stabilizacyjnej Narodów Zjednoczonych na Haiti, która obecna jest w tym kraju od 2004 r. i której żołnierze byli jednymi z pierwszych, którym udało się dostać do miasta Jérémie po przejściu huraganu, mówią same za siebie. Oto jak wygląda obecnie stolica departamentu Grand’Anse, zwana „Miastem Poetów, z 35 tysięcami mieszkańców i piękną, jeszcze nie tak dawno, starówką:

Jeremie

Jeremie (fot: MINUSTAH)

Gorzej niż trzęsienie ziemi?

Zdaniem ekspertów Matthew był najsilniejszym huraganem na Karaibach od czasu Felixa, który szalał nad tą częścią świata we wrześniu 2007 r. Ale Felix oszczędził wówczas Haiti, uderzając przede wszystkim w Nikaraguę i Meksyk. Ostatnim huraganem, który wyrządził w tym kraju szkody o porównywalnej skali był Allen w sierpniu 1980 roku. Pozbawił on wówczas domów ponad 800 tys. osób.

Pod wieloma względami huragan jest gorszym kataklizmem niż trzęsienie ziemi. Trzęsienie niszczy budynki, może zabić wiele ludzi, ale zazwyczaj nie ma bezpośredniego efektu na przyrodę, na uprawy, na zasoby wodne. Matthew tymczasem zniszczył tysiące hektarów upraw, zabił hodowlane zwierzęta, rozlewające się rzeki i ulewne deszcze zanieczyściły studnie i ujęcia wody, rozmyły groby, wypłukały zawartość szamb. Ludzie nie mają co jeść, nie mają wody pitnej. W efekcie tego wszystkiego będziemy mieli bardzo poważne problemy sanitarne.– przewiduje Yvonne Helle z UNDP.

I jej słowa zaczynają się sprawdzać. Haitańskie Ministerstwo Zdrowia potwierdziło dzisiaj, że w Randel, Port-à-Piment i Les Anglais, czyli na terenach zniszczonych przez Matthew, co najmniej 13 osób zmarło już na cholerę, a u ponad 60 innych potwierdzono zakażenie. To bakteryjna choroba przewodu pokarmowego, która – nieleczona – potrafi zabić w kilkanaśnie godzin. Wywołujący ją przecinkowiec cholery przenoszony jest, najczęściej, przez skażoną ludzkimi odchodami wodę. –Mamy tam pielęgniarki, ale nie ma lekarzy i brakuje lekarstw. Przychodnie, laboratoria, apteki – wszystko zostało zniszczone. Nie ma czystej wody. Ludzie umierają.– tłumaczyła Eli Pierre Celestin, rzeczniczka ministerstwa.

Cholera na Haiti to też konsekwencja trzęsienia ziemi z 2010 r. Kraj ten wcześniej nie miał kłopotów z tą chorobą. Eksperci ustalili, że odpowiedzialna za nią bakteria zawleczona tu została przez nepalskich żołnierzy, którzy – jako ONZ-owskie Niebieskie Hełmy – przyjechali na Haiti pomagać w usuwaniu skutków ówczesnego kataklizmu.

Od tego czasu na cholerę zachorowało tutaj ok. 700 tysięcy osób, a prawie 10 tysięcy zmarło.

Sytuacja jest dramatyczna. Nie ma prądu, nie ma wody, nie ma przejezdnych dróg. Są za to dziesiątki tysięcy osób, które wymagają natychmiastowej pomocy. Ich dramat nie skończył się z odejściem Matthew. To był dopiero początek kryzysu humanitarnego na wielką skalę.– powiedział mi jeden z medyków organizacji Lekarze bez Granic.

Matthew odwołuje wybory

Matthew nie tylko zniszczył południe Haiti. Huragan rozchwiał także i tak już bardzo niestabilną sytuację polityczną w tym kraju. Dzisiaj miały się bowiem odbyć wybory generalne. Haitańczycy mieli udać się do urn aby, po raz kolejny, spróbować wybrać prezydenta i część parlamentu. Bo ubiegłoroczna, odbywająca się 25 października, czyli w konstytucyjnym terminie elekcja się nie udała. Po ogłoszeniu wyników pierwszej tury wyborów prezydenta, opozycja i część opinii publicznej uznała, że głosowanie było sfałszowane. Wobec fali manifestacji druga tura, przewidziana na 27. grudnia, została wówczas przesunięta na styczeń tego roku. Ale w styczniu wybory się jednak nie odbyły.

Tymczasem 7 lutego wygasł 5-letni mandat prezydenta-piosenkarza, Michela Martelly’ego. Wobec braku następcy parlament, zgodnie z Konstytucją, powierzył tymczasowe przywództwo kraju ówczesnemu marszałkowi haitańskiego Senatu, Jocelermowi Privertowi. Dostał on 120 dni na zorganizowanie nowych wyborów.

Ustalono, że się one odbędą 24 kwietnia. Nie odbyły się. „Nie było warunków” – tłumaczył Privert, któremu 15 czerwca minęło 120 dni na czele państwa. Teoretycznie tego dnia tymczasowy prezydent powinien ustąpić, bądź poprosić Parlament o przedłużenie mandatu. Ale nie, Privert ogłosił wówczas zmiany w swym gabinecie i stwierdził, że „odpowiedzialność i troska o kraj” nie pozwalają mu opuścić prezydenckiego fotela, stając się tym samym prezydentem de facto.

Ta niezbyt demokratyczna sytuacja miała zacząć rozwiązywać się właśnie dzisiaj – nowa pierwsza tura prezydenckiej elekcji przewidziana była, od pewnego czasu, na 9 października. I znowu się nie udało. Choć tym razem przynajmniej wiadomo dlaczego i nie jest to przez nikogo kwestionowane. –W obecnej sytuacji nie jesteśmy w stanie zapewnić dystrybucji materiałów wyborczych na terenie całego kraju.– stwierdził, dzień po przejściu huraganu, Leopold Berlanger – przewodniczący Tymczasowej Rady Wyborczej.

Nowa data wyborów ma zostać podana do wiadomości publicznej w przyszłym tygodniu. –Gdy będzie dokładniej znana sytuacja w dotkniętej huraganem części kraju.- wyjaśnił Berlanger.

Bondye bon

Haitańczycy całą tą sytuację przyjmują raczej z zadziwiającą pokorą. Bądź rezygnacją. Grzebią zmarłych, wypatrują samolotów i statków z pomocą, suszą wygrzebane spod błota resztki skromnego dobytku. „Bondye bon” – to chyba najczęściej powtarzane przez nich, w tych dniach, kreolskie powiedzenie… „Dobry Bóg, jest dobry” jest prawdopodobnie kwintesencją, wytrenowanego przez lata niewolnictwa, wyzysku, powstańczych zrywów, najazdów, korupcji i okrucieństwa przywódców, oraz katastrof naturalnych, specyficznego haitańskiego optymistycznego fatalizmu. A może fatalistycznego optymizmu?

Prześlij dalej:

About Tomasz Surdel

Dziennikarz i fotograf. Pracuje, bądź pracował dla tak różnych mediów jak Gazeta Wyborcza, TVP, TVN24, Canal+, RMF FM, EFE, Associated Press, Universal, Le Temps, Le Matin, GPD, snowBoard, PR Week. Teoretycznie mieszka w Buenos Aires, ale dość trudno go tam zastać. Prowadzi bloga Sur del Sur.

W sieci:

Na Twitterze Na Google+ Inne teksty na tierralatina.pl Strona internetowa

Jedna reakcja na "Matthew zniszczył Haiti"

  1. Pingback: Huragan Matthew: beauty of the fury... - Sur del Sur

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.