Śladami kłamstw Marcina Gienieczki

W 1996 r. przy źródłach Amazonki, które polska grupa "Canoandes" explorowała przez 15 poprzednich lat, pojawił się Jacek Pałkiewicz i oglosił się ich "odkrywcą". Teraz Gienieczko oszukal nas wszystkich i zdobyl "rekord" Guinnessa. Czy Amazonka musi być ciągle zakłamywana? Andrzej Piętowski postanowił to sprawdzić.


Rowerem i pieszo do źrodła Amazonki

Marcina Gienieczkę spotkałem przelotnie w Limie w lipcu 2014 r. Usłyszalem wiele komplementów dla wypraw andyjskich, w których kiedyś brałem udział. Pytał mnie o najdalsze źródło Amazonki w masywie Nevado Mismi dokąd wybierał się rowerem górskim. Udzieliłem mu wskazówek jak tam dotrzeć.

Przede mną stał wysportowany trzydziestokilkuletni mężczyzna i opowiadał o samotnych wyprawach wioślarskich przez Syberię i północną Kanadę. Jego plan transkontynentalnego triatlonu od Pacyfiku, przez źródło Amazonki, do Atlantyku wydał mi się pomysłem niezmiernie ambitnym, jak rownież niewiarygodnie trudnym do wykonania w pojedynkę. Przejazd rowerem z Limy do San Francisco, małej miejscowości leżącej w dolnej części rzeki Apurimac, a następnie rzekami Ene i Tambo do Ukajali, gdzie ryby śpiewały Arkademu Fidlerowi w latach 30 tych XX wieku, rezonował z moimi dwoma wyprawami rowerowymi do źrodeł pięciu rzek tworzących w Peru Amazonkę.

Jak każdy podróżnik pozazdrościłem Marcinowi nowej wyprawy przez znane mi tereny i niesamowitej wolności jaką niesie bezkresna, tropikalna rzeka.

Uderzyło mnie jednak często używane przez niego słowo “napieram”. Zastanowiło mnie, jakie znaczenie ma w ustach podróżnika i rzuciło maleńki cień na jego motywację w chwili podejmowania wyzwań godnych profesjonalnego mistrza dziesięcioboju.

W ciągu następnych miesięcy uważnie, w internecie, śledziłem postępy i “parcie” Gienieczki.

Przed rozpoczęciem triatlonu, jeszcze we wrześniu 2014 roku, dotarł do masywu Monte Mismi gdzie nagrał bardzo wymowny filmik pod pomnikiem i tablicą Jacka Pałkiewicza, u jego “źródła” Amazonki “odkrytego” w 1996 roku. Rowerzysta wziął w dłonie garść suchego piasku i rzucił go w powietrze krzycząc: “Jacku, pokaż mi gdzie tutaj jest woda? I to jest twoje źródło Amazonki? Wykreślam cię z mojego notesu!

Ten szlachetny gest ponownie zaskarbił Marcinowi moje uznanie i sympatię.

Triatlon rozpoczął się prawie rok poźniej, 18 maja 2015 roku, od przejazdu rowerem znad Pacyficu przez miasto Ayacucho i przełęcze prawie na 5,000 m n.p.m., skąd dokonał karkołomnego zjazdu nad Apurimac do miejscowości San Francisco, gdzie znalazł się 31 maja.

Był to naprawdę wyczyn do pozazdroszczenia! Pierwsza część wyprawy zakończona! Pozostało wiosłowanie do Belem i bieg stamtąd nad brzeg Atlantyku.

Zuch – pomyślałem – i nadal śledziłem jego blogi, może niezbyt gramatycznie pisane po zmroku, w trudnym klimacie, przy świeczce, czy latarce, ktorej światło pewnie przyciagało chmary komarów kąsających każdą odkrytą część ciała.

Wtedy jeszcze szczerze trzymałem kciuki za powodzenie wyprawy. Wpisy na blogu były pełne entuzjazmu, zapału do “walki ze swoimi słabościami” i “parcia” naprzód.

Czerwona dwuosobowa kanadyjka posród wirów na największej rzece świata.

6 czerwca Gienieczko opuścił mały port rzeczny w Atalaya w towarzystwie renomowanego peruwianskiego przewodnika Gadiela “Cho” Sancheza Rivery. W Atalaya zakontraktował także Indianina Ashaninka płynącego łodzią motorową jako swoistą ochronę w strefie, gdzie w 2011 jego współplemieńcy zamordowali dwoje kajakarzy z Gdańska, Celinę Mróz i Jarosława Frąckiewicza. To także Gadiel przeprowadzał wcześniej Polaka przez ogromne wiry na rzece Ene, które – według słów wojskowych marynarzy – pochłonęły już niejedną łódz motorową.

W porcie Pucallpa Gienieczko uzupełnił zapasy i namówił “Cho”, który uprzednio przez 2 lata szedł z Anglikiem Edem Staffordem wzdłuż Amazonki aż do Atlantyku, aby pożegnał się z rodziną i jednak płynął z nim dalej. Od Marynarki Wojennej Peru uzyskał też osłonę w postaci łodzi motorowej i czterech uzbrojonych w automaty marynarzy.

Rozsądny pomysł – pomyślałem – skoro rzeczni piraci kilka lat wcześniej napadli na Amazonce na Olka Dobę dwa razy i uszkodzili mu kajak tak, że musiał zakończyć wyprawę wdzięczny za zachowanie przy zyciu.

 Zawirowania w punktach kontrolnych Marcina na mapie SPOT.

Tydzien pózniej zadzwonił do mnie Piotr Chmieliński mówiąc, że są jakieś „nieścisłości” w spływie Gienieczki, bo system satelitarnej nawigacji wskazuje, iż Marcin pokonuje w niektóre dni niezwykle długie odcinki rzeki.

To niemożliwe! -mowił Piotr. –Ja tam przecież byłem! Nikt nie jest tam w stanie przepłynąć ponad 100 km w ciagu jednego dnia. – kontynuował.

Zachodziliśmy w głowę jakie mogłyby być przyczyny tego gwałtownego przyspieszenia? Silny prąd wody? Nie, nie o tej porze roku. Pomyślne wiatry, czy nagle znacznie mniejszy ładunek w kanadyjce? – to też nie dawało odpowiedzi na nasze wątpliwości.

Kilka tygodni później zagadka wyjaśniła się na blogu Gienieczki. Przeczytalem jego wpis: “Od Pebas do Tabatinga wiosłuję wraz z Gadielem”.

A więc kanadyjkarz zrezygnował z przepłynięcia solowego i prawdopodobnie chce zakończyć transkontynentalny marathon wraz z partnerem, czyli w kategorii C-2, a nie C-1 jak wcześnie planował? – pomyślałem. Zwłaszcza, że Marcin pisał dalej, iż towarzyszy im łodź wojskowa, Gadiel dobrze zna rzekę i razem mogą nadrobic opóźnienia w wyprawie.

No ale przecież Marcin mówił wszystkim na starcie w Limie, że będzie to triathlon solowy? A definicja wyczynu solowego jest precyzyjna i rygorystyczna:

Podrożnik musi być cały czas sam i nie otrzymywać żadnej zewnętrznej pomocy.

Zresztą na burcie czerwonej kanadyjki cały czas widniał biały napis: „Energa SOLO Amazon Expedition”!

Napisałem do Marcina na facebooku, zwracając mu uwagę na rozbieżności i wątpliwości co do charakteru jego wyprawy. Nigdy mi nie odpisał, ale z jego blogu nagle zaczęły nagle znikać wszelkie wpisy o wiosłowaniu z Gadielem, o pomocy marynarzy peruwiańskich, a także wszelkie negatywne uwagi internautow.

Przestałem mu wierzyć. Nabrałem przekonania, ze Marcin chce nas wszystkich oszukać.

 Parcie na media i po rekordy.

4 września 2015 r. Gienieczko dopływa do Belen i świętuje zakończenie wyprawy. Wciąż w kanadyjce z napisem SOLO Amazon!

To koniec podróży wodą, szczęśliwy wyczynowiec popija szampana. Następnie przebiega 80 km w kierunku Oceanu Atlantyckiego i konczy transkontynentalny triatlon. Sfilmowały ten moment telewizje z Polski i Brazylii. A następnie pojawiła się cała seria artykułów i wypowiedzi dla mediów w dalszym ciągu fetujacych SOLOWY sukces Polaka.

Zgodnie z zapowiedziami Gienieczko zgłosił swój wyczyn do Księgi Rekordów Guinnessa, która przyznała Polakowi tytuł “za najdłuższe samotne przepłynięcie w kanadyjce (lub kajaku)!”

To już było oszustwo na międzynarodową skalę! Jest wiele osób które przepłynęły samotnie kilkakrotnie dłuższe odcinki niż Gienieczko. Tylko odległość jaką przepłynął Aleksander Doba jest 2.5 razy większa!

“Rekord” Guinnessa dla Gienieczki zakwestionowali natychmiast wioślarze z Anglii i USA. Artykuł Toma Sjorgena pojawił się na Explorersweb, a także powiązanym z nim serwisem Phytom, gdzie precyzyjnie udowodniono, że “rekord” przyznany Gienieczce nie ma najmniejszej racji bytu. Pojawił się wykres długości i spadku pionowego Amazonki z informacją, ze Gienieczko ominął 90% tego spadku zaczynając spływ na 535 m npm w San Francisco i przewiosłował nie całą, ale tylko nizinną część Amazonki.

Pierwszym człowiekiem, który przewiosłował Amazonkę od źródeł (znajdujących się na wysokości 5597 m n.p.m. choć spływ mogł sie rozpocząć ponizej 5,000 m n.p.m.) do ujścia, jest Polak Piotr Chmieliński!

Inni wioślarze już wcześniej pokonali dluższe trasy, np. 35000 km wokół kontynentu australijskiego. Przy okazji oberwało się Angielce Helen Skelton, której Guinness przyznał absurdalne “rekordy” jak np. najszybsze dzienne przepłynięcie odcinka, jaki wioślarze pokonują rutynowo na treningach w kilka godzin.

To były odważne publikacje, gdyż zakwestionowały ogromny prestiż Guinnessa budowany przez dziesięciolecia istnienia tej instytucji ukazując, że tam niczego się nie sprawdza rutynowo a rekordy rejestruje się tylko na podstawie nadesłanych dokumentów.

W Polsce dopiero w kwietniu tego roku portal tierralatina.pl i Dominik Szczepański w Gazecie Wyborczej, opublikowali m.in. fragmenty wywiadu jaki z Gadielem “Cho” Sanchezem przeprowadził w Limie Jacek Klisowski, w którym Peruwiańczyk potwierdzał, że przez wiele dni wiosłował razem z Gienieczką. Zawarte w tych tekstach wątpliwości na temat “rekordów” Marcina, zastopowały nieco szum medialny jaki tworzył on wokół siebie.

Guinness wciąż jednak zażarcie bronil swojego prestiżu żądając od marynarzy peruwiańskich i przewodnika poświadczonych przez notariusza zeznań.

Dla służb mundurowych była to bariera nie do przebycia. Żaden wojskowy, ani w Peru ani w Brazylii, nie zgodził się na takie oświadczenie, gdyż stałoby ono w sprzeczności z regulaminem pracy Marynarki Wojennej obu krajów.

W tej sutuacji postanowiłem, że w czerwcu 2015 r. sam pojadę do Pucallpy i dowiem się z pierwszej ręki jak rzeczywiście wygłądała „solowa” wyprawa Gienieczki.

Ryby już nie śpiewają nad Ukajali.

Nie śpiewają. I to za sprawą polskiego podróżnika.

Poszukiwania Gadiela “Cho” Riviery przedłużały się. Był na wędrówce w amazońskim lesie. Pojechałem więc do bazy Marynarki Wojennej Peru w Pucallpie. Przyjął mnie sam komendant bazy, admirał Piero Llantos Mergoni.

Gienieczko

„Samotny” podróżnik w porcie w Pucallpa

Owszem, słyszał o polskim wioślarzu, któremu jego poprzednik przydzielił łódź i marynarzy jako obstawę. Ale w ciągu ponad roku wszyscy wojskowi zostali już przeniesieni do innych jednostek. Dowódca zlecił jednak adiutantowi ich odszukanie.

Po godzinie dzwonienia mieliśmy namierzonych dwóch: jeden stacjonowal w Callao koło Limy, a drugi nad Amazonką. Obydwaj dobrze pamiętali Marcina i Gadiela, oraz ich wspólną wyprawę w dół Ukajali. Przysłali kilka fotografii ze swoich telefonów. Na jednej Marcin stoi w ich łodzi w asyście uzbrojonych w automaty marynarzy. Na innej kanadyjka Gienieczki przypięta jest do burty łodzi wojskowej.

Gdzie tu może być mowa o solowym przepłynięciu rzeki bez pomocy z zewnątrz?!? Gdzie podziały się reguły zdobywania rekordów solo, jak choćby wielomiesięczne wiosłowanie przez Atlantyk Olka Doby, w towarzystwie tylko ryb lub wędrujących ptaków?!?

Już po pierwszej wizycie u marynarzy wiedziałem, że polskie ryby znad Ukayali popiskują teraz cienkim głosem.

 Wyznania Gadiela “Cho” Sancheza.

Gadiel Sanchez

Gadiel i jego trójkołowa taksówka.

W hotelu czekał na mnie Gadiel poinformowany o moich poszukiwaniach przez swojego brata. Przeszliśmy do lokalnej kawiarni. Młody, usmiechnięty chłopak właśnie powrócił z amazońskiego lasu. Jego prostota w obyciu, otwartość i szczerość natychmiast zdobyły moje zaufanie.

Gadiel mieszka kilka kilometrów za Pucallpą na skraju dżungli, wraz z żoną i małym synkiem. Gdy nie ma pracy jako przewodnik, zarabia na życie wożąc pasażerów trójkołowym motocyklem-taksówką, jakich pełno jest w miasteczkach w całej peruwiańskiej Amazonii.

Po długim wstępie wyjaśniającym kim jestem i czego dokonałem w Peru, pokazałem mu moją nową ksiażkę o zdobyciu Kanionu Colca i artykuły w National Geographic, oraz wpis w Księdze Rekordów Guinnesa z 1984, czym przełamałem naturalną nieufność Indianina.

Umówiliśmy się na wspólną wizytę u peruwiańskich Marines oraz kolejne spotkanie, na którym miałem nagrać jego wypowiedzi.

Gienieczko oszust

Gieneiczkio i Gadiel szykują swoje miejsce do wiosłowania

Nazajutrz marynarze wręczyli nam numery telefonów do czterech kolegów przeniesionych z Pucallpy do innych baz i przysłali kolejne zdjęcia zrobione telefonami rok wcześniej. Później w hotelu nagrałem trzy rozmowy z Gadielem.

 Z Polakami Należy być ostrożnym.

Peruwianczyk mówil spokojnie, choć od czasu do czasu na jego twarzy pojawiały się emocje towarzyszące wspomnieniom. Najpierw wyjaśnił zagadkę tajemniczych “przyśpieszeń” Gienieczki z drodze z Atalaya aż do Brazylii. Opisał wspólne wiosłowanie w kanadyjce z Marcinem, który nawet chwalił jego umiejętności wodniackie i przebyte z dużą szybkością kilometry. Gadiel śmiał się, gdy opisywał błazenady Marcina w momencie sesji filmowych czy zdjęciowych, gdy Polak nakazywał mu przesiąść się do łodzi wojskowej, zakrywał jego miejsce w kanadyjce brezentem, sam wesoło machając polską flagą i uśmiechając się do kamery trzymanej w rękach peruwiańskiego towarzysza podroży. Dał mi też zdjęcie jakie zrobił “kapitanowi” siedząc na przodzie jego kanadyjki. Kolejny dowód na wspólne wiosłowanie.

Marcin Gienieczko

Marcin Gienieczko „samotnie” pokonujący Amazonkę. Zdjęcie wykonane przez siedzącego z przodu jego łodzi Gadiela „Cho” Sancheza.

Z dalszej rozmowy dowiedziałem się szczegółów współpracy. Marcin początkowo zakontraktował Gadiela na płynięcie razem tylko od San Francisco do Pucallpy, ale po dotarciu do tego miasta, widząc umiejętności i przydatność Indianina zaproponował mu dalszą podróż i większą zapłatę. Gadiel, człowiek lasu i rzeki, chętnie przystał na tę propozycję. Wiosłując razem pokonywali dwukrotnie dłuższe odcinki rzeki niż Marcin mogłby przebyć solo.

Marcin Gienieczko

Marcin Gienieczko pozujący do zdjęcia z eskortującymi go pruwiańskimi marynarzami.

Przed małym portem Orellana zastała ich wieczorna szarówka. Gienieczko rozkazał przywiązać kanadyjkę do wojskowej łodzi i w ten sposób wszyscy razem pokonali 30 do 40 kilometrów w trzy godziny dobijając do nabrzeża w kompletnych ciemnościach.

Gadiel Sanchez i Andrzej Piętowski w dowództwie bazy peruwiańskiej Marynarki Wojennej w Pucallpie.

Atmosfera pomiędzy wioslarzami psuła się z upływem czasu i nartastaniem zmęczenia. Marcin był już osłabiony tygodniami wysiłku i stresu. Palące słońce na wielkiej rzece wysuszało ich doszczętnie. W Iquitos Polak odmówił zapłaty przewodnikowi za dni postoju w czasie załatwiania spraw w mieście. Peruwiańczyk nigdy nie poczuł się równym swemu towarzyszowi podróży, który karmił go gorszym jedzeniem, sam otwierając świeże porcje i jedząc je osobno.

Marcin “parł” jednak do przodu za wszelką cenę kontynuując wyscig z czasem. Chęć zdobycia rekordu Guinnessa wyjawił Gadielowi na krótko przed dopłynięciem do Brazylii.

Tuż za granicą Gadiel podziękował Marcinowi za dalszą podróż tłumacząc to nagłą koniecznością powrotu do rodziny w Pucallpie. Polak krzyczał na Peruwiańczyka i odmówił mu zapłaty za podroż powrotną do domu, tak samo jak nie zapłacił mu za przejazd łodzią z Pucallpy do San Francisco przed rozpoczęciem wyprawy. Rozstali się w złosci i z żalem za niedotrzymane obietnice. Przewodnik musiał wydać część zarobionych pieniędzy na podróż statkiem płynącym w górę Amazonki.

Gadiel wyraźnie posmutniał gdy opowiadał mi o finale współpracy z Gienieczką. Humor poprawiła mu dopiero wspomnienie o poprzedniej, znacznie dłuższej epopei, gdy przez prawie dwa lata przemierzał piechotą las równikowy, wędrując z Edem Staffordem. –Byłem mu równy – mowił – Jedliśmy to samo, głodowaliśmy razem, spaliśmy obok siebie, cięliśmy maczetami zarośla zdobywając każdy metr przez zielone piekło Amazonii. Byliśmy braćmi. Na koniec Ed wypłacił mi wszystkie zarobione pieniądze i w uznaniu mojej pracy dołożył mi nawet premię.

Gadiel znów zamyślił się i po chwili wypowiedział po cichu słowa: z Polakami będę w przyszłości ostrożny”.

Były to szczere słowa płynące z duszy Indianina znad Amazonki, wyrażające żal do Marcina, czarnej owcy wsród plejady polskich podróżników.

Poczułem się malutki i poniżony, jakby Gadiel mnie spoliczkował. Natychmiast mu przypomniałem o polskim wkładzie w budowę nowoczesnego Peru, o naszych inżynierach, geografach, archeologach, geologach, misjonarzach i kajakarzach. Gadiel słuchał zamyślony ale na końcu mojego wywodu powtórzył: “ja jednak będę ostrożny z Polakami”.

Gadiel Sanchez i Andrzej Piętowski w Pucallpa

Przeczytałem Gadielowi kopię wykrętnego maila z biura Guinnessa z żądaniem nadesłania potwierdzonych notarialnie oświadczeń marynarzy i przewodników towarzyszących Gienieczce w spływie Amazonką, aby móc powtórnie rozważyć „rekord” polskiego wioślarza.

Gadiel roześmiał się i natychmiast zadeklarował: –Jak chcą, to bedą mieli mój list!

Tydzien później wysłał, przygotowany z pomocą notariusza, dokument do dalekiego Londynu.

 Smutny Epilog. Z Panteonu chwały pod ścianę wstydu.

W marcu 2016 r. Marcin otrzymał wyróżnienie na Kolosach w Gdyni, największym festiwalu podróżniczym w Europie. Był jednak wściekły, że dwóch innych Polakow, Dawida Andresa i Huberta Kisińskiego, nagrodzono Kolosem za Wyczyn Roku za pokonanie Amazonki na rowerach przymocowanych do pontonów.

Swą złość wyładowuje do dzisiaj na publicznych forach na Piotrze Chmielińskim, który pierwszy zauważył nieścisłości w informacjach podawanych przez niego i poinformował o tym reprezentantów Guinnessa, a także na Januszu Janowskim, dyrektorze Kolosów.

Guinness bronił swego stanowiska wbrew logice i przedstawionym argumentom aż do początków grudnia gdy nagle nasz rodak i jego “solowa” kanadyjka zniknęli z portalu Księgi Rekordów. Ósmego grudnia 2016 r., w mailu zaadresowanym do Piotra Chmielińskiego, Kristen Ott z działu PR Guinness World Records North America napisała:

W oficjalnym śledztwie wyszło na jaw, że Marcin Gienieczko nie przestrzegał zasad stosownych dla kategorii rekordu, o który się ubiegał. Dlatego jego próba została zdyskwalifikowana.

Ale to jeszcze nie koniec. Niedługo po decyzji Guinnessa renomowane czasopismo Canoe and Kayak w USA zamieściło wnikliwy artykuł Jeffa Moaga opisujący przekręty Gienieczki i innych “rekordzistów” z wiosłem w ręku zyskujacych uznanie Guinnessa bez sprawdzenia meritum zgłoszonego wyczynu, ani fizycznych możliwości zdobycia takiego rekordu.

Najbardziej wymowne jest zakończenie gorzkiego artykułu, w którym Moag, stawia takich “wyczynowców” pod pręgierzem środowiska wodniackiego na całym świecie, nie omijając Polski. Bo tylko dzięki odważnym osobom, nie lękającym się zastraszania i niewybrednych ataków demaskowanych “rekordzistów”, posądzeń o zazdrość i Bóg wie o co jeszcze, środowisko może się oczyścić, a sponsorzy będą mogli wybierać wiarygodnych partnerów, których rzeczywiście warto obdarzyć zaufaniem i pomocą finansową.

Kilka dni temu Kapituła Kolosów jednomyślnie odebrała Gienieczce wyróżnie w kategorii Wyczyn, za “świadome wprowadzenie w błąd przy zgłoszeniu do konkursu”. W towarzyszącym tej decyzji komunikacie napisano, ku przestrodze przyszłych rekordzistów:

Kapituła Kolosów w swoich werdyktach dotyczących przyznania nagród i wyróżnień za dokonania roku zawsze kierowała się założeniem prawdziwości informacji przekazywanych przez kandydatów w zgłoszeniach. Mamy do podróżników zaufanie, bo wierzymy, że poświadczenie i podpisanie własnym imieniem i nazwiskiem nieprawdy, nie licuje z wartościami, których wszyscy, zarówno jako przedstawiciele środowiska podróżniczego, jak i po prostu ludzie, staramy się w swoim życiu przestrzegać.

Był to pierwszy taki wypadek w historii prestiżowej nagrody.

Marcin Gienieczko nie sprostował nigdy swoich błędów, czy przekłamań. Przeciwnie, nadal w nie „napiera” i próbuje zaklinać rzeczywistość. Przyjął postawę małego dziecka, które skradło czekoladkę i, przyłapane, krzyczy w niebogłosy, że to jego okradają, a cały świat mści się w dodatku na nim i krzywdzi go.

W ten sposób wyszedł na jaw jego prawdziwy charakter-  zakłamanego do szpiku kości chłopca – skrywany za fasadą “napierającego” supermana. Kontynuuje niewybredne ataki medialne na Kapitułę Kolosów i jego pomyslodawcę Janusza Janowskiego. Niedługo zapewne i mnie dołaczy do grona swoich “wrogów” godnych takiego traktowania. I wszystko przez to, że mieliśmy odwagę powiedzieć, że “król jest nagi”.

Marcin Gienieczko – „Ostatni Mohikanin” polskiej eksploracji? Czy po prostu oszust?

Obecnie żyjemy pograżeni w oceanie kłamstwa. Prawda jest postrzegana jak samotna wyspa, z której czasem widać kolejną wyspę na bezmiarze wody. Niewielu z nas ma chęć, czas i odwagę aby reagować na kłamstwa i piętnowanie oszustów. Mówienie prawdy jest dzisiaj aktem odwagi bo wiaże się z tym cena i rożne konsekwencje. Dlatego chylę czoła przed osobami i instytucjami wymienionymi powyżej za podjęcie ryzyka w obronie prawdy i wiarygodności środowisk wodniackich. Dzięki nim brudna piana spłynęła z Amazonki i rozpuściła się w słonych wodach Atlantyku.

*****

Artykuł ten jest wynikiem moich rozmów z Gadielem “Cho” Sanchezem Rivera i marynarzami w Pucallpie, rozmowy telefonicznej z pania Corrinne Burns w siedzibie Rekordow Światowych Guinnessa w Londynie, śledzenia i kopiowania wpisów na blogu Marcina Gienieczki (większości z nich już tam nie ma), cennych artykułów medialnych w prasie fachowej i własnych przemyśleń. Jestem całkowicie odpowiedzialny za podane w nim informacje.

Wszelkie prawa autorskie są zastrzeżone.

Andrzej Andrew Piętowski

12 grudnia, 2016 Chicago, USA

*****

Andrzej Piętowski – kajakarz, podróżnik, odkrywca, nauczyciel matematyki, kierownik wyprawy Canoandes’79. Urodził się w 1954 roku w Krakowie. Studiował elektronikę na Wydziale Elektrycznym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Otrzymał stopień magistra matematyki na Uniwersytecie Stanowym Bowling Green w Ohio, USA.

Kierował wyprawą Canoandes’79, zorganizowaną przez studentów Akademickiego Klubu Turystyki Kajakowej „Bystrze” z krakowskiej AGH. Wyprawa ta przepłynęła 25 rzek w obydwu Amerykach, w tym 13 po raz pierwszy. Największym dokonaniem tej wyprawy trwającej prawie trzy lata było przepłynięcie w 1981 roku dziewiczej rzeki Rio Colca w Peru, oraz eksploracja jej kanionu – najgłębszego na świecie. Tym samym polscy kajakarze wypromowali dla światowej turystyki nieznany wcześniej Kanion Rio Colca. Odkrytym przez siebie miejscom nadali nazwy (wiele z nich związanych jest z Polską m. in. Wodospady Jana Pawła II, Kanion Polaków) oraz sporządzili dokumentację przepłyniętych rzek w postaci map, opracowań, filmów oraz fotografii. Owocem tej wyprawy jest m.in. wydana w 1981 roku w Limie książka-przewodnik In kayak through Peru (wersja angielsko-hiszpańska), której współautorem jest Andrzej Piętowski.

Zdobycie Kanionu Rio Colca zostało uznane przez amerykańskie pismo Paddler za jedno z największych osiągnięć eksploracyjnych XX wieku. W 1984 roku zostało wpisane do Księgi Rekordów Guinnessa oraz wielokrotnie opisane w magazynie National Geographic. W grudniu 1981 roku Andrzej Piętowski założył, wraz z kolegami z wyprawy, Komitet Obrony Solidarności w Limie w Peru, prowadząc do lutego 1982 roku wiele udanych akcji politycznych i humanitarnych na rzecz Polski.

Był pierwszym kajakarzem, który przepłynął kajakiem najwyższą część rzeki Apurimac w Peru, która daje początek Amazonce. W 1987 roku zdobył szczyt najwyższej góry w Ameryce Północnej Mt. McKinley (6194 m n.p.m.) na Alasce. Zorganizował i poprowadził dwie rekonesansowe wyprawy rowerowe do źródeł Amazonki w 1998 i 1999 roku.

W 2000 roku pod patronatem Towarzystwa National Geographic i Instytutu Smithsonian w Waszyngtonie zorganizował i poprowadził międzynarodową ekspedycję „Source of the Amazon 2000”, która precyzyjnie ustaliła położenie najdalszego źródła Amazonki w masywie Nevado Mismi w Peru.

W marcu 2001 roku w imieniu Grupy Canoandes przyjął w Krakowie prestiżową nagrodę Super Kolosa za zdobycie Kanionu Rio Colca w Peru, a w czerwcu Grupa Canoandes została przyjęta przez Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego na specjalnej audiencji w Warszawie.

W 2002 roku zdobył najwyższy wulkan Chimborazo (6320 m n.p.m.) w Ekwadorze i przez tydzień wędrował przez las równikowy w towarzystwie Indian Shuar (Jivaru) – legendarnych „łowców głów”.

W marcu 2009 roku został przyjęty w poczet członków w randze „National Fellow” prestiżowego The Explorers Club w Nowym Jorku.




Prześlij dalej:

15 reakcji na "Śladami kłamstw Marcina Gienieczki"

  1. waldasso  20/12/2016 o 00:15

    Panie Andrzeju pozwolę sobie nadmienić że wyszczególniona przez Pana w artykule cześć rowerowa została „pokonana” w równie „sportowym” i „solowym” stylu jak cała ta „Amazonska ściema”. Gienieczko na podjazdach używał samochodu lub osiołka https://www.facebook.com/gieniatosciema/photos/a.249588365418555.1073741828.243000246077367/295412574169467/?type=3&theater https://www.facebook.com/gieniatosciema/photos/a.249588365418555.1073741828.243000246077367/295410167503041/?type=3&theater
    Trudno w całym „projekcie znaleźć miejsce i czas w którym Gienieczko był autentycznie sam.Co najzabawniejsze dowodów na korzystanie z środków lokomocji dostarczył sam wrzucając video z takich własnie akcji. Całość potwierdziła w bezpośredniej rozmowie osoba będąca bardzo blisko całego „projektu” od jego początku do końca. Obserwując wnikliwie postać Gienieczki od prawie 8 lat…wielokrotnie zetknęliśmy sie ( ja i moi koledzy) z tego typu zachowaniem agresywnym pełnym fałszu niewiedzy i wszech wyłażącego kombinatorstwa Gienieczki.Scigała nas ( tym razem moich kolegów przeze mnie:( policja.Straszono nas sądami prawnikami etc itd.Gienieczko zastraszył administratorów forum Melbourne…którzy w efekcie otrzymania pism przedprocesowych usunęli potężny watek dot.afery jaka wywołał Gienieczko swoimi solowymi:) występami w Australii. Dotąd niewyjaśniony jest los kosmicznej łódki Gienieczki zbudowanej za kosmiczne pieniądze przez Bartosza Puchowskiego z Gdyni. Gienieczko porzucił ja na miejscu w Australii. Wymyslił sobie ze przepłynie cieśnine Bassa:) Jest skłócony z polskimi firmami spedycyjnymi. Amazonka tak naprawdę pozwoliła Gieni wypłynąć na szersze niż do tej pory wody.Efekt tego performensu jest piorunujacy.Szczerze ja akurat nie miałem nawet przez chwile żadnych wątpliwości ze ta cała akcja zakończy się afera.Mówiłem o tym wszystkim z kim miałem przyjemność na ten własnie temat rozmawiać. Komentowałem całość ściemy na swoim blogu http://nadajemytv.blogspot.ie/search/label/Gienieczko Gdzieś tam mam z tego swoja mała satysfakcje. Przyznam się szczerze ze nie jestem w stanie wyobrazić sobie w jaki to sposób można się nabrać na te jego banialuki?:) Ale warto i należny przypominać w tej chwili ze na Amazonce historia Gienieczki się nie kończy. Amazonka to tylko wierzchołek góry lodowej…Sporego przekrętu z sponsorami w tle… Trąbimy ( ja i moi koledzy:) i przestrzegamy przed Bennym Hillem Polskiego Outdooru od 2008r…trzeba było 8 lat, pełnych ekwilibrystycznych Gienieczkowych wygłupów ( czegokolwiek się czlowiek nie dotknie w jego „zawodowym życiorysie ” to wygląda to fatalnie ) zeby wszyscy nagle dostali zbiorowego olsnienia… Kosmiczne zapowiedzi, zenujacy poziom materiałow photo video,chaotyczne wypowiedzi,na kazdym miejscu błedy stylistyczne i ortograficzne…tysiące kilometrów kończące się zawsze aferami, dziwnymi awriami,lub dolegliwościami natury zdrowotnej. Chyle czoła przed ogromem wykonanej roboty. Ale rośnie we mnie złość ze fajni ludzie musza zasuwać ( po fajnych co prawda, rejonach naszego świata) żeby udowodnić oszustwo dawno udowodnionego oszusta. Waldasso

    Odpowiedz
  2. Marek  20/12/2016 o 01:05

    To nie przypadek. Na zdjęciach z wystawy, czy obrony pracy dyplomowej Marcina Gienieczko w Szkole Dziennikarstwa (sic!) im. Melchiora Wańkowicza, przewija się twarz Jacka Pałkiewicza. Nieprzypadkowe…

    Odpowiedz
  3. Mateo  20/12/2016 o 01:43

    Taki Maciej Tarasin też nie jest dużo lepszy. Każda kolejna relacja z tego samego odbiega od poprzedniej. Z regulowaniem zobowiązań też ma problem. Warto zapytać jego przewodnika z Boliwii…

    Odpowiedz
    • Andrzej Kaliszuk  20/12/2016 o 22:40

      Ale jakieś konkrety może? Czy tylko takie bezpodstawne pomówienia? Czyli tak, typowo po polsku, rzucić błotem i uciec?

      Odpowiedz
      • MATEO  23/12/2016 o 05:58

        Wystarczy przejrzeć jego publikacje w necie. Internet jest darmowy i publiczny. Może minimum wysiłku?

        Odpowiedz
  4. Daria  20/12/2016 o 13:58

    ,,Ostatni Mohikanin” (upadły zresztą) i nasza skromna naklejeczka naszej wyprawy rowerowej dookoła Kuli Ziemskiej od której jesteśmy już ponad 4 lata. Fakt, przyklejając ją ok. 1,5roku temu w Peru w ogóle nie skojarzyłam faktu, że należy ona do naszego Gieniowego ,,bohatera” wokół którego rodzi się teraz taka afera 🙂

    Odpowiedz
  5. Czapkins  21/12/2016 o 20:07

    Gienieczko oszust pospolity. http://biurorekordow.pl/najdluzsza-podroz-canoe-rekord-guinnessa/

    Odpowiedz
  6. Fenrir  22/12/2016 o 20:57

    Najgorsze, ze przynosi wstyd Polakom w Peru. Jak mozna bylo jesc lepsze jedzenie niz jego przewodnik. Masakra…

    Odpowiedz
  7. Uważny Obserwator  23/12/2016 o 01:03

    Gienieczko nie jest jedyny. Mam wrażenie, że podobnych mu Stefków-Burczymuch w tym polskim półświatku „medialnych eksploratorów” jest całkiem sporo. Jedyne czego można im pogratulować to wyobraźni.

    Odpowiedz
  8. Pingback: Świąteczne aktualności podróżnicze | Backpackers Club

  9. Podróżnik  27/12/2016 o 20:33

    Szkoda, że tak to się skończyło… Cała wyprawa mogłaby być inspiracją dla kolejnych pokoleń podróżników a tak zostanie tylko przestrogą dla tych, którzy starają się w swych relacjach naciągać swoje osiągnięcia 😉

    Odpowiedz
  10. Kinga  30/12/2016 o 10:52

    Strasznie smutna historia, oby była przestrogą dla innych…

    Odpowiedz
  11. Miłosław "Szczerbiec" Szczerbaty  31/12/2016 o 06:58

    Jeśli chłop miał potrzebę lansu, jego kompleks. Ty też musisz mieć jakieś pragnienie udowadniania sobie, że jesteś lepszy niż myślisz, skoro tyle wysiłku wkładasz w demaskację kłamstw tego chłopa.

    Odpowiedz
  12. Alina  01/02/2017 o 11:20

    Czytając to wszystko i obserwując różne dokonania i te spektakularne i te chcące być spektakularnymi – odnoszę wrażenie, że wszystko się porobiło takie…celebryckie.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.